Menu

Guest Book About Me Fav Me Clear

Avatar


You're person here.

Links

My ellite
hellogoodbye
chocolate.bar
stylishaffection

Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

brak kategorii (17)
wszystkie (17)

brendon urie (1)ból (1)miłość (1)miłość! (1)nienawiść (1)panic at the disco (1)panic! at the disco (1)ryan ross (1)sny (1)

Favs

zero kreatywnosciambarasimaginary-creativestynkarzrosspanic-and-courtneymemories-of-broken-heartfob-panic-storycamisado-storyross-second-lifesyntheticmiddle-of-summerskejtowa96so-starvingdreamy-dreamer

Clubs

Archives

2008
styczeń (4)
luty (1)
marzec (2)
maj (2)
czerwiec (3)
lipiec (2)
sierpien (1)

2010
sierpien (2)

Layout

Blog

Alone apart.

niedziela, 15.sierpnia.2010, 22:04
Huh, zaledwie wczoraj dodałam nową część, a dziś już kolejna! Szybko mi idzie.
Dziś, z dedykacją dla Pauli, która była dla mnie główną motywacją i inspiracją do dokończenia tego opowiadania. Meega hug! ; ***
I dla Brendona. :)


Otworzyłem oczy. Przestrzeń dookoła mnie wydała mi się nieodpowiednia i obca. Białe ściany. I ten miętowy smak na końcu języka. Przeszkadzał mi. Było mi zimno, a jednocześnie nieprzyjemnie duszno. Uniosłem głowę i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Oprócz mojego łóżka w Sali nie było innych mebli. Nie chciałem tu być. Chciałbym wrócić do domu. Przecież Lindsay nie wie, gdzie jestem. Będzie czekać pod moimi drzwiami. Ja też czekałem, każdego wieczora. A ona zawsze przychodziła. Tamtego razu, kiedy zdałem sobie sprawę, że to jej głos słyszę na naszym korytarzu, odsunąłem szafę i fotel, blokujące wyjście. Z prostego powodu. Jeśli miałem przeżyć do kolejnego razu, musiałem jeść. Dlatego każdej nocy, gdy dom pogrążony był we śnie, schodziłem do kuchni i zabierałem zapas żywności na jakieś dwa dni. Poza tym, dzięki temu, że usunąłem z przejścia meble, byłem w stanie usłyszeć jej głos i czasami też oddech. Często też płacz. Gdy płakała, chowałem się w łazience. Nie chciałem być świadkiem jej słabości. Nie umiałem poradzić sobie z własnym bólem, nie chciałem też dzielić jej cierpienia. Mimo, że czułem często wstręt do niej, to pragnąłem jej obecności w swoim życiu. Ona przypominała mi, dlaczego stałem się tym czymś, czym jestem dziś, a jednocześnie w jakiś sposób koiła moje zmysły. Ostatniej nocy, zanim mnie tu przywieźli, nie przychodziła bardzo długo. Bałem się, że nie przyjdzie. Po raz pierwszy od wielu lat modliłem się. Nie wiedziałem, czy robię to właściwie. Pragnąłem tylko, by przyszła. I zjawiła się. Dochodziła 23. Usłyszałem jej rozmowę z Jonem. Wychodzili. A więc będziemy sami w domu. Słyszałem jej kroki na schodach. Oczami wyobraźni widziałem, jak niepewnie zmierza w stronę mojego pokoju. A potem usłyszałem, ją tuż za ścianą. Zatrzymała się. Usłyszałem, jak osunęła się na podłogę. Wpatrywałem się w drzwi. Każdy, pojedynczy mięsień mojego ciała drgał, chcąc zmusić mnie, bym otworzył drzwi. Całym sobą tego pragnąłem. A jednak nie ruszyłem się z miejsca. Do momentu, aż usłyszałem ją. Komórki mojego ciała zareagowały natychmiast. Śpiewała. Jej głos wypełnił mój umysł. Całe moje życie skurczyło się do tej jednej piosenki.

‘How many times have I been here
How many times was I lost
And how many times I'd be lost in the sea
If you weren't there to rescue me…’


Podszedłem do drzwi i opadłem bezsilnie na kolana. Wiedziałem, że to usłyszała, bo przerwała.
- Nie przestawaj… - Nawet nie wiedziałem, kiedy wypowiedziałem tę prośbę.
Kontynuowała. Jej głos zadrżał. Płakała.

‘We're sailing, sailing every night
We're drifting, drifting alone apart
Not to show that we're in need
But I'd heal your wounds if you bleed

How many times have I hurt you
How many times have you
And how many times I'd been on my knees
Begging, begging please forgive me

We're sailing, sailing every night
We're drifting, drifting alone apart
Not to show that we're in need
But I'd heal your wounds if you bleed

Thank you for being so patient with me
I've been weaker than I ought to be
Despair and jealousy blinded my mind
And I couldn't see how you're trying for me…’



Gdy skończyła, zapadła cisza. Nie potrafiłem ruszyć się z miejsca. Moje ciało nie należało do mnie. Wyobrażałem sobie, że na moją duszę składa się jedynie światło. Czułem, jak rozświetla mnie od wewnątrz, czułem je w płatkach uszu, w czubkach palców u nóg. Siedziałem tam, pełen światła i błyszczałem. Nie wiedziałem, ile to trwało, dopóki nie usłyszałem jej głosu. Nie chciałem, by mówiła. To i tak nic nie da. Chciałem, by znów śpiewała.
- Brendon, jesteś tam? – Ledwie rozumiałem, o co pyta. Mówiła zbyt cicho, nie powinna mówić.
Odpowiedziała jej cisza.
- Gdybym mogła udowodnić, że tego nie zrobiłam… - Jej głos brzmiał cudownie. Miękki. Ciepły. Smutny.
Nie chciał jej słuchać. A jednak, zanim odeszła, usłyszał jej słowa: - Kocham Cię. Tęsknię.

Nie pamiętałem, co stało się później. Światło odeszło. Była już tylko ciemność. Chciałem wyjrzeć przez okno, by ją znów zobaczyć. Pomyślałem, że wtedy światło powróci. Okno. Wciąż zawieszone było w nim potężne lustro. Musiałem je zdjąć. Nie miałem czasu. Lada moment mogła zniknąć i nie zobaczyłbym jej. Z całej siły pociągnąłem za karnisz. Opadł, a wraz z nim lustro przy akompaniamencie głośnego huku. Jego tafla rozbiła się na tysiące kawałków. Część z nich wbiła się w moje gołe stopy. Nie zanotowałem jednak wtedy bólu. Ważne było to, że zobaczyłem ją. Stała przed naszym domem i wpatrywała się w moje okno. Nie widziała mnie. W pokoju było za ciemno. Ale ja ją widziałem. Była piękna. Jej usta były zaróżowione z zimna. Zauważyłem coś, co mnie zaniepokoiło. Była biała. Dosłownie. Nie powinna być blada. Może była chora? Czy to przeze mnie? Widziałem, jak odchodzi. A potem usłyszałem, jak ktoś wbiega po pokoju. Straciłem przytomność. Gdy ją odzyskałem, nie było ani jej, ani światła, nie było już niczego. Jedynie białe ściany i ten potworny smak mięty.


Nienawidziłam siebie. Nienawidziłam Ryana, który teraz prowadził mnie za rękę korytarzem szpitala. Chciałam stąd uciec. Nigdy nie pomyślałabym, że będę musiała być w takim miejscu. Szpital, specjalizujący się leczeniem chorób układu nerwowego. W ten sposób ujął to Ryan, mówiąc mi o miejscu, dokąd zabrano Brendona. Trafił tam zaraz po tym, jak wróciłam do domu. Nigdy nie sądziłam, że kiedyś pomyślę w ten sposób, ale gdybym tylko mogła, chciałabym nigdy nie poznać Brendona. Nie za cenę krzywdy, jaką mu wyrządziłam. Mimo, że cichy głosik w mojej głowie mówił teraz, że nie ja sprzedałam prywatność wokalisty prasie, to jednak czułam, że nie skrzywdziłabym go, gdybyśmy nigdy nie byli razem. Ja po prostu byłam zaprogramowana, by niszczyć ludzkie istnienia. Wraz z własnym. Z rozmyślań wyrwał mnie dopiero odgłos rozmowy Ryana i lekarzy. Zauważyłam też, że w pokoju za ścianą znajdują się Smith, Walker i Jess. Siostra pomachała w moją stronę. Skupiłam się na słowach wypowiadanych przez wysokiego, szczupłego pracownika tej…placówki. Nie mogłam zrozumieć, o czym rozmawiają, więc przerwałam im.
- Przepraszam, mógłby pan mi wyjaśnić, co dzieje się z Brendonem w sposób bardziej zrozumiały? – Chciałam, by mój głos brzmiał stanowczo, ale strach o Niego wciąż odbierał mi odwagę.
Lekarz wymienił krótkie spojrzenia z Ryanem, a potem wskazał mi krzesło. Usiadłam dopiero, kiedy Ryan siłą pociągnął mnie w dół. Nie umiałam mu okazać dostatecznie, jak bardzo mnie tym zdenerwował.
- Brendon Urie to przypadek szczególny. – Zaczął doktor. Nie spodobało mi się to określenie ‘przypadek’. Mimo to, nie przerywałam. – Nie mówiłbym tu o depresji. Na pewno jestem w stanie zdiagnozować u niego Fibromialgię.
Wzruszyłam ramionami. Ten termin nic mi nie mówił.
- To zespół chorobowy, charakteryzujący się uogólnionym bólem. Oznacza to, że pojawiają się u niego fale bólu, paraliżujące ciało, choć to jest naprawdę uproszczenie z mojej strony, tłumacząc to w ten sposób. Może to mieć związek z zaburzeniami czwartej fazy snu u Brendona, ale ja raczej wiązałbym to z załamaniem nerwowym. I tutaj pojawia się ta szczególna sytuacja, towarzysząca chorobie Twojego chłopaka. – Lindsay drgnęła na te słowa. Skąd wiedział, kim jest. I…przecież to już nie był jej…Potrząsnęła głową i na powrót wsłuchała się w słowa lekarza, by nie przegapić żadnych szczegółów. – Chodzi o to, że on nie ma typowych objawów depresji, czy innych zaburzeń jak stany lękowe. On po prostu odciął się od świata. To człowiek bardzo wrażliwy, więc przeżywa swój ból, każde cierpienie ze zdwojoną siłą. Rozmawiając z nim, odnoszę wrażenie, jak gdybym przebywał w towarzystwie osoby zmarłej. W jego świadomości on już dawno pożegnał się z życiem i teraz jedyną rzeczą, jaka powstrzymuje go od samobójstwa, jesteś właśnie…Ty. – Powiedział i spojrzał jej znacząco w oczy.
Poczuła, jak odpływa. Według tego oto człowieka, On potrzebował jej. Była jedynym jasnym punktem jego istnienia. Dlaczego więc nie chciał z nią porozmawiać? Dlaczego odtrącał ją? Dlaczego nie uwierzył? Nawet nie próbował?
- Lindsay… - Ryan delikatnie mną potrząsnął, zauważając, że myślami jestem daleko stąd i nie słucham.
- Przepraszam. – Wyszeptałam.
Chłopak przyjrzał mi się dokładnie. Widziałam, jak z niepokojem przygląda się bliźnie, którą miałam tuż pod uchem. Odwróciłam głowę, by nie spoglądał w tę stronę.
- Będziemy wysyłali do niego psychologa, zaczniemy też stosować fizykoterapię, która załagodzi przebieg Fibromialgii, ale…jedynym skutecznym lekarstwem jesteś Ty, dziewczyno. I musimy teraz zrobić wszystko, co w naszej mocy, by on zechciał choć przez chwilę z Tobą porozmawiać. Jeszcze nie dziś, ale w końcu będzie gotowy. Inaczej… - Mężczyzna nie dokończył. Każdy wiedział, co ma na myśli.
Ryan uścisnął dłoń lekarza i wyprowadził mnie do czekających za drzwiami przyjaciół.
Wtuliłam się w Jessicę.
- Wszystko będzie w porządku. – Zapewniła mnie.
Słysząc te słowa, zdałam sobie sprawę, że mam pewność, że ona nie ma racji. To się nie uda. Stracę Go. Wszyscy Go stracimy.



Minął miesiąc. Pełen nadziei, lecz w większym stopniu obfitujący w rozpacz i bezsilność.
Codziennie dzwoniłam do szpitala. Wciąż nie pozwalano mi przyjść. Gdy chciałam zapytać o Niego, po drugiej stronie nie było już nikogo. Zakończono połączenie. Jessica wyjechała. Wracała dopiero za kilka dni. Brała udział w organizacji koncertu Live Earth. Tym razem w Nowym Jorku. Widziałam, jak rozdarta była wsiadając do samolotu. Nie chciała zostawiać nas samych. Ale potrzebowała też zwyczajnie odpocząć. Zobaczyć coś więcej, niż kolejną zmartwioną twarz. Poza tym, pomoc przy organizacji czegoś, co niosło tak ważne dla niej przesłanie, było jej małym marzeniem. Więc poleciała.
Ja przesiadywałam codziennie u chłopców. Jon wciąż pisał nowe piosenki. Spencer, również angażował się w tworzenie. Oni wciąż pozostawali zespołem. Była to jedyna rzecz, w jaką wierzyli. Ale Ryan nie umiał z nimi tworzyć. Tęsknił za Jess. Wciąż wpatrywał się we mnie, jakby chciał odszukać we mnie jakiś podobny element, przypominający mu o niej. Ale było coś jeszcze. Nie chodziło jedynie o Jessie. Gitarzysta nie rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi. Kiedy chcieli, pokazać mu kawałek nowego utworu, wychodził bez słowa z domu. Kiedy kolejny raz tak postąpił, wybiegłam za nim. Udało mi się go dogonić już przy furtce.
- Ry, dlaczego tak się zachowujesz? – Zapytałam, narzucając na siebie w międzyczasie kurtkę.
- Zespołu już nie ma! – Rzucił w moją stronę i przebiegł na drugą stronę ulicy.
Przecięłam jezdnię jego śladem.
- Jest, dopóki Brendon żyje! – Wykrzyczałam i przeraziłam się własnych słów.
Ryan zatrzymał się. Stał w miejscu, nie odwracając się jednak w moją stronę. Chwilę później byłam już przy nim.
- Ryan… - W głowie miałam jedynie pustkę.
- Nie, masz rację. – Powiedział, nie podnosząc wzroku. – Po prostu…daj mi minutkę.
Staliśmy dłuższą chwilę w milczeniu. Każdy radził sobie z myślami na własny sposób.
- Po raz pierwszy ktoś głośno wypowiedział to, o czym myślimy od dawna. – Podjął Ryan, patrząc mi teraz prosto w oczy. – Jeśli nic się nie poprawi to…to ‘ coś’ go zabije. – Och, ile cierpienia słyszała w jego głosie. – Lindsay, ja już nie wierzę w to wszystko, nie wierzę w zespół. Nie wierzę w cokolwiek, dopóki on nie będzie znów przy nas, szczęśliwy i zdrowy. Patrzę na Ciebie każdego dnia i widzę, jak powinno wyglądać jego życie. Widzę was, za parę lat biorących ślub, wychowujących dzieci, biorących od życia to, co najlepsze. Widzę zespół, grający naprawdę wspaniałe koncerty, z których Brendon zawsze czerpał energię na kolejny dzień. Widzę to wszystko, a potem nagle dostrzegam Twój smutek i nie umiem już dłużej oszukiwać siebie samego. Nie mogę robić tego tak, jak robią to Jon i Spencer. Pisać nowe piosenki, jakby za kilka dni Brendon miał być znów przy nas. Bo przestaję w to wierzyć. – Skwitował Ryan i rozpłakał się.
Nigdy nie widziałam go płaczącego. Nigdy przedtem. I nagle dostrzegłam w nim samą siebie. Zapłakaną, słabą, tracącą wszelką nadzieję. To, co ujrzałam, wydało mi się teraz potwornie żałosne. Nie chciałam być już nigdy taka. Nie chciałam jedynie użalać się nad sobą, nie robiąc nic. Musiałam wierzyć i musiałam uratować ukochaną osobę. Musiałam. I od tej pory myślałam jedynie o tym. Jutro idę do szpitala. Zobaczę go, nawet, jeśli miałabym wedrzeć się do jego Sali siłą.


Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

Cover my eyes. Cover my ears.

sobota, 14.sierpnia.2010, 13:16
Kontynuuję historię. Muszę rozliczyć się z przeszłością.
Chciałabym też powiedzieć coś do osób, które kiedyś to czytały. Możliwe, że te słowa nigdy do nich nie dotrą. Ale...przepraszam, że nie umiem dbać o znajomości, przyjaźnie i hmm..tęsknię za tymi czasami, kiedy was 'miałam'...



Gdy Nick nie zjawiał się kolejną godzinę, Lindsay ruszyła na plażę. Właściwie nie zdawała sobie sprawy, kiedy podjęła decyzję o opuszczeniu lokalu. Maszerując wzdłuż Madison, zastanawiała się, czy przypadkiem nie zapomniała o zapłaceniu za herbatę. Starała się sięgnąć do własnych wspomnień, ale wszystko, co wydarzyło się po rozmowie z Brendonem było jedynie niekompletnym obrazem, przysłoniętym mgłą niejasności. Może właśnie z tego powodu, idąc brzegiem plaży nie zauważyła, że temperatura znacznie spadła, a nad miastem zawisły ciężkie, ołowiane chmury. Nawet fale, które z niesamowitą siłą rozbijały się o kamienne wybrzeże nie zaniepokoiły Lindsay na tyle, by zawróciła. Podmuchy wiatru, które smagały jej twarz traktowała jako przyjemną torturę. Nie na tyle jednak skuteczną, by była w stanie zapomnieć o tym, co się stało. Wyobraźnia podsunęła jej obraz Brendona. To, co dostrzegła w jego oczach, w jego głosie…zabijało ją. Nie potrafiła teraz patrzeć mu w oczy. Nie potrafiła, kiedy całą sobą dotykała jego cierpienia. Potrząsnęła głową.
‘Zostaw mnie w spokoju!’ – Błagała swe własne imaginacje. ‘Płacz, płacz głupia dziwko! Dlaczego nie płaczesz?! Zostawił Cię! Nie masz go! Już go nie masz!’ - Krzyczała głośno w swojej głowie, zaciskając kurczowo dłonie na swych ramionach po to, by sprawić sobie ból. Wraz z pierwszymi kroplami deszczu wypłakanymi przez niebo znów usłyszała jego słowa: ‘Nienawidzę Cię!’. Potem nie było już nic. Nie czuła bólu. Poza tymi dwoma słowami nie było na świecie już nic. Ani radości, ani cierpienia. Nie było początku, nie było też końca. Czas przestał płynąć. Gwiazdy, które jeszcze wczoraj wieczorem rozświetlały noc odwróciły teraz wzrok, zszokowane. W miejscu, gdzie kiedyś biło jej serce pozostała dziura, a pustka, która pojawiła się w miejscu jej duszy zgniatała jej płuca i łamała żebra. Może tylko dla niej jednej na całym świecie. Może gdzieś obok wszystko było tak, jak dawniej. Ale to nie było tu.
On stanowił jej integralną część. Odchodząc, odebrał jej największy fragment jej jestestwa.
Nie wiedziała teraz, co dalej. Jak powinna żyć? Bo czy powinna bez niego? Co powinna teraz zrobić? Wrócić do domu? Musi? A może chce? Powinna to wiedzieć. Ale nie wiedziała. Nie martwiło ją to. Nie umiała tego zrozumieć. Nie wiedziała jak. O czym powinna teraz myśleć? Tego też nie wiedziała. Postanowiła wrócić do domu, tak po prostu, żeby sprawdzić. Nie wiedziała, co tak dokładnie chciała sprawdzić. Po prostu szła. Dopiero teraz zauważyła, że dookoła nie było nikogo poza nią. To wydało się jej naturalne i nawet na swój sposób przyjemne: nie było Brendona, nie było wokół niej już nikogo na świecie. Ulewa zdążyła ukarać ją za nierozsądne spacery w taką pogodę. Dziewczyna była cała przemoczona. Mijając dom Brendona i chłopców zauważyła stojące na podjeździe samochody stacji telewizyjnych.
Nie miała odwagi spojrzeć w okna. Nie chciała sprawdzać, czy któryś z nich stoi w oknie i mierzy ją nienawistnym wzrokiem. Wpadła do domu i popędziła do swojego pokoju. Zanim zdążyła nacisnąć klamkę, drzwi same z łatwością ustąpiły. Lindsay wiedziała, że to Jessica.
- Wiem, że to nie Ty. – Usłyszała głos siostry.
Jessica stała naprzeciwko niej ze spuszczonymi wzdłuż ciała rękoma, ściskając dłoń w pięść.
-Ale nie umiem też teraz z Tobą porozmawiać. – Dokończyła i bez słowa wyminęła siostrę.
Lindsay wiedziała, dokąd szła siostra. Do domu obok. By wspierać chłopców. Ona nie miała tej możliwości. Nie mogła z nimi porozmawiać, wytłumaczyć. Teraz naprawdę czuła się samotna. Bo mogła być z kim chce, pójść dokąd chce, ale nie mogła być z Nimi.
Linds osunęła się na podłogę i leżała tak długo, dopóki nie zmorzył ją sen.




Gdy Jess pojawiła się w domu Panic! nie było już wstrętnych dziennikarzy. Gdyby jednak ich zastała, wydrapałaby oczy każdemu z nich, byleby tylko dali spokój ludziom, których kocha.
Weszła bez pukania, Ryan ją do tego przyzwyczaił. W salonie zastała Spencera, Jona i Ryana.
- Jess… - Wyszeptał Ryan, chwytając dłoń swojej dziewczyny.
- Ryan, a właściwie…wy wszyscy, posłuchajcie. – Zaczęła Jessica. Gitarzysta zachęcił ją spojrzeniem, by kontynuowała widząc, jak niepewnie przygląda się twarzom pozostałych. – Lindsay tego nie zrobiła. Nie pytajcie, czy mam dowody, bo ich nie mam. Powiecie, że to słowo przeciwko słowu, ale ja to zwyczajnie wiem. I chcę wam coś obiecać – przerwała, ściskając mocniej dłoń Ryana – Chcę wam obiecać jedno: znajdę tę osobę, która skrzywdziła Brendona, ale też moją siostrę, rozdzielając ich w tak cholerny sposób, z waszą czy bez waszej pomocy. – Zakończyła.
Przez chwilę panowało długie milczenie.
- W porządku, nie musicie nic mówić. – Jess pokręciła głową i spojrzała na Ryana. – Możemy pójść do Ciebie?
Chłopak skinął głową. Chwilę potem byli już w jego pokoju. Jessica usiadła na łóżku. Naprzeciw niej, w oknie stanął Ryan. Dostrzegła niezdecydowanie w jego ruchach i wewnętrzną walkę. Widziała, jak robi krok, by podbiec do niej, a potem nagle krzyżuje ręce i cofa się. Była zdezorientowana, ale nie dawała po sobie poznać, jak bardzo się denerwuje i nie ruszała się z miejsca, udając, że przygląda się burzy, która na dobre rozszalała się za oknem.
- Ryan… - Zaczęła, chcąc, by wreszcie porozmawiali.
Chłopak drgnął i nagle był już przy niej, klęcząc u jej stóp i składając głowę na jej kolanach. Jessica przyłożyła dłoń do jego policzka i pogładziła go.
- Ryan, powiedz, czy Ty wierzysz, że to nie Lindsay? – Zapytała, starając się dostrzec każdą zmianę w jego spojrzeniu. Nie musiała czekać na odpowiedź, zawahał się, więc wierzył w winę Linds. – W porządku. Chciałam tylko…
- Nie, to nie jest w porządku. – Przerwał jej Ry, podnosząc się i siadając obok niej, ale wciąż trzymał jej dłoń, by nie odczytała jego zachowania jako odtrącenia. – Posłuchaj. Moje serce każe mi wierzyć w niewinność Lindsay. Ale rozum, jemu trudno odrzucić racjonalne wytłumaczenie. – Wyjaśnił, a potem zmusił ją, by spojrzała mu w oczy. – Pewnie takie myślenie robi ze mnie strasznego dupka, ale to nie wszystko, co chciałem Ci powiedzieć. – Nabrał powietrza i kontynuował - Jessie, pomogę Ci. Nie wiem, od czego mam zacząć swoją pomoc, ale nie będę biernie przyglądał się temu, co dzieje się z bliskimi mi ludźmi.
Jessica zmieniła pozycję i przysunęła się do niego tak, by ich ciała dzielił jedynie centymetr. Wplotła dłoń w jego włosy, a potem delikatnie musnęła jego wargi. Były miękkie i odrobinę słone. Pomyślała, że nie sama nie wie, w jaki sposób pomóc swojej siostrze i opuściły ją siły. Poczuła, jak ogarnia ją przygnębienie i smutek, więc chwyciła się resztkami swojej świadomości Ryana, całując go zachłanniej i na pewien sposób desperacko. Wymieniali szybkie i pełne pożądania pocałunki. Ryan przycisnął ją do siebie mocniej, tak, by wypełnić sobą każdy odcinek wolnej przestrzeni. Przesunął dłonią po linii jej kręgosłupa i delikatnie rozsunął jej nogi, gładząc wewnętrzną stronę jej ud. Kiedy z jej rozgrzanych, wilgotnych ust wydobył się cichy jęk, jego ciało zareagowało natychmiast. Kiedy zorientowała się, że chłopak ściąga jej koszulkę, odsunęła się od niego i zaprotestowała.
- Przepraszam, ja… - Nie umiała mu wytłumaczyć, dlaczego nie chce się kochać.
Chłopak pokręcił głową. Jess przyjrzała się mu. Widziała, jak pożądanie powoli wygasa w jego oczach, choć wciąż patrzył na nią z zachwytem. Nie dopatrzyła się w jego spojrzeniu żalu za to, że przerwała, więc przytuliła go na powrót.
- Kocham Cię Jess. – Nie wiedział, dlaczego właściwie teraz to mówi. Po prostu ją kochał, chciał, żeby wiedziała.
Uśmiechnęła się i zapewniła, że i ona go kocha. Resztę po południa spędzili leżąc przytuleni na jego łóżku, myślami daleko od tego, co działo się w pokoju obok.




Siedział w oknie i wpatrywał się w burzę. Widział ją, godzinę temu. Szła przemoczona. Gdzie była? Właściwie wmawiał sobie, że go to nie obchodzi. Życzył sobie, by umarła. By stało się coś złego. Kiedy ją zobaczył, w ich domu były tłumy dziennikarzy. Nie rozmawiał z żadnym z nich. Wydali oficjalne oświadczenie. Nie uważał, żeby było potrzebne. Nie zamierzał już nigdy wystąpić z zespołem. Chciał, by ludzie nienawidzili ją za to, że zniszczyła Panic! At The Disco. Spojrzał na zdjęcia, które leżały na podłodze. Lindsay. Lindsay. Lindsay. Lindsay. Lindsay. Lindsay. Zebrał je wszystkie i otworzył okno. Wyrzucił je i patrzył, jak wiatr porywa je daleko ze sobą. A potem się rozpłakał. Czuł, jak pęka mu serce. Jak uchodzi z niego życie. Przypominało mu to moment, kiedy 3 lata temu chciał popełnić samobójstwo. Nie chciał wspominać, dlaczego to wszystko…A teraz znów to się działo. Kiedy wszystko zaczynało się układać, kiedy nawet nie musiał wyobrażać sobie, co czuł te 3 lata temu, historia ujrzała światło dzienne. Właściwie przypomniała mu o tym Rebecca, która zadzwoniła kilkanaście minut temu. Nie pamiętał dokładnie tej rozmowy. Mówiła mu o tym, że jeśli będzie jej potrzebował, to ona przyjedzie. Że może na nią liczyć i nigdy nie zachowa się tak podle. Czuł, że chciała, by znienawidził Lindsay. Nie wiedział tylko, dlaczego jej na tym tak bardzo zależy. Ale Rebecca nie zdawała sobie sprawy, że wpajając mu nienawiść do ukochanej, robi mu krzywdę. Bo dla Brendona oznaczało to dokładnie to samo, co nienawiść do samego siebie. Myślał teraz o Lindsay jak o kimś, kto umarł. I oznaczało to, że sam stał się martwy. Podszedł do drzwi i zamknął je na klucz. A potem zajął się przesuwaniem szafy i fotela, by zabarykadować wejście. Musiał zrobić coś jeszcze. Musiał czymś zasłonić okno. Lustro! Umocował je na karniszu, odcinając tym samym dostęp słońcu, jeśli kiedykolwiek miało zaświecić. Zaśmiał się. To było takie szalone, śmiać się, wydawało mu się, że zwariował. Odsunął się i omiótł wzrokiem pokój. Było idealnie. Przy zgaszonym świetle ledwie widział czubki swoich stóp, a swobodne poruszanie się graniczyło wręcz z cudem. Gdy patrzył w kierunku, gdzie znajdowało się lustro, widział niewyraźny zarys własnej postaci. Kiedy przesunął się na bok, obraz znikał, lub stawał się jedynie zamazaną plamą. W ten sposób Brendon bawił się sam ze sobą w znikanie. Kiedy nadchodziły kolejne fale bólu, znikał i patrzył w puste lustro, które odbijało jedynie obraz pokoju. Wszystko wydawało się tak, jak przedtem, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. A kiedy czuł odrętwienie, spoglądał w lustro i zniekształcone brakiem światła zwierciadło odbijało jedynie żałosny obraz składający się z paru plam, będących sylwetką Brendona. Tłumaczył sobie, że właśnie tym uczyniła go Lindsay. Zjawą widoczną w odbiciu. Starał się zapomnieć o tym, że za ścianą toczy się normalne życie. Ono go już nie dotyczyło. I nie pozwalał, by ktoś, z ‘tamtego’ świata wkradł się do jego azylu…




- Jon, czy…? – Nie dokończyła.
Basista potrząsnął głową.
- Bez zmian. – Odpowiedział. – Od tygodnia nie wychodzi z pokoju. Myśleliśmy nad wyważeniem drzwi, ale musiał je od środka czymś zastawić.
Dziewczyna wbiła wzrok w swoje paznokcie, czując, jak powoli odpływa, chwyciła się myślami Brendona.
- Macie jakiś plan? – Zapytała. Jon musiał wyczuć, ile w tym pytaniu tkwiło nadziei, bo odruchowo rozłożył ręce i skulił się w sobie.
- Nie, nie mamy zupełnie nic Linds. Jesteśmy zupełnie bezradni i to…to dobija każdego z nas. – Jego głos załamał się przy ostatnich słowach.
Lindsay chciała go przytulić, ale zdała sobie sprawę, że jej ludzkie odruchy zaginęły. Mimo, że pamiętała o nich, nie wiedziała, jak ma wykonać ten prosty gest.
- Lindsay, proszę Cię, bądź ze mną szczera i… - Walker spuścił wzrok, wstydząc się swego pytania.
Kiedyś, dawno temu, w innym świecie, Linds zabolałby brak zaufania ze strony któregokolwiek z przyjaciół. Teraz to nie miało dla niej zbyt wielkiego znaczenia. Ale wiedziała, że jest im wszystkim winna prawdę.
- Jon, spójrz mi w oczy. – Basista ledwo podniósł wzrok, może dlatego, że mówiła tak cicho, że nie był pewien, czy w ogóle coś powiedziała. Australijka przysunęła się bliżej przyjaciela, by teraz, wykorzystując to, że jest od niego niższa, móc patrzeć mu prosto w oczy, ponieważ jego głowa nadal była opuszczona. – Nie zrobiłam tego. Posłuchaj, nigdy nie było mi łatwo mówić przy innych o swoich uczuciach, ale kocham Brendona. Choć patrząc na to, jak czuję się po jego stracie, to mówiąc ‘kocham’ czuję, jakby to było jakieś ogromne niedopowiedzenie. On był sensem mojego istnienia. Wraz z rozstaniem, odrzuciłam wszystko, co ludzkie. Jestem jak robot i to taki, który został usunięty z rynku ze względu na wadliwość tej serii produkcyjnej. Wciąż potrafię wykonywać proste czynności, ale nic więcej. Zupełne minimum. Żyję, dopóki nie zepsuje mnie zwyczajna usterka. – Słowa same cisnęły mi się na usta. Nigdy wcześniej nie mówiłam o tym, jak się czuję po rozstaniu z Brendonem, nikomu. Widząc teraz w oczach Jona ciepło i wiarę, z łatwością mogłam mu wyjawić każdy z sekretów.
- Linds… - Jon nie wiedział, co ma powiedzieć. Chciał, żeby wiedziała, że jej wierzy i że bardzo chciałby jej pomóc. Przytulił ją. Czuł, jak początkowo spięła się, wydawało mu się, że równie dobrze mógłby się przytulać do marmurowej rzeźby. Ale po chwili odczuł, jak zadrżała i z ogromną siłą wtuliła się w jego ciało. Płakała. Czuł, jak przy jego ciele skumulowane są ból i samotność. Ale nie umiał dotrzeć do wnętrza tego cierpienia. Było skupione w ciele tej kruchej istotki, którą trzymał w ramionach. Ogarnęła go bezsilność.
- Dziękuję. – Wyszeptała, gdy uspokoiła płacz. – Jon, a co u Ciebie? – Zapytała. Naprawdę wydawała się tym zaciekawiona.
- Za dwa dni wyjeżdżam na kilka dni do Chicago. – Odpowiedział, wyraźnie rozpromieniony na tą myśl. – Strasznie dawno spędziłem więcej niż dzień z rodziną. To będzie miła odmiana od tego, co dzieje się tutaj. – Stwierdził.
-Masz prawo do odrobiny odpoczynku. – Zapewniła Lindsay, widząc jak Jon z zakłopotaniem przygląda się jej reakcji. – Brendonowi na pewno nie pomoże fakt, że będziesz miał go dość.
- Hmm… A poza tym, napisałem kilka piosenek dla Panic! – Poinformował z entuzjazmem.
Tą informacją zbił mnie z tropu.
- Myślisz, że zespół kiedykolwiek…? – Ostatnio za dużo było niedopowiedzeń, ale nie umiała zadać tego pytania wprost.
- Nie wiem. – Powiedział szybko.
Dłuższą chwilę milczeli.
- Jon, jak myślisz, czy mogłabym przyjść do was wieczorem i posiedzieć trochę pod drzwiami jego pokoju? – Wiedziała, że to idiotyczne, ale wszystko, co działo się w jej życiu ostatnio było pozbawione sensu, więc czemu nie mogła zrobić czegoś takiego?
- Przyjdź. – Powiedział i odszedł.





Siedziała pod jego drzwiami i nasłuchiwała. Chciała usłyszeć jego głos. Choć przez sekundę. Nawet, jeśli miał to być stłumiony przez ścianę dźwięk. Ale od momentu, kiedy tu przyszła, nic się nie działo. Miała wrażenie, że za jej plecami znajduje się próżnia. Czuła, że gdyby udało się jej otworzyć te drzwi, nie kryłoby za nimi się nic. Spojrzała na zegarek. Za dziesięć dwunasta. Mimo późnej pory nie mogła zasnąć. Jej zmysły były teraz wyostrzone jak nigdy przedtem. Tylko po to, by poczuć zapach jego perfum, usłyszeć jego kroki. Na próżno. Ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedziała, ile czasu siedziała w ten sposób, dopóki nie usłyszała Jego.
Krzyczał. A ona słysząc, ile strachu i bólu krył jego głos, chciała wołać o pomoc. Zaczęła uderzać w drzwi, jakby miała wystarczającą moc, by je wyważyć. Nie wiedziała, co robi. Po prostu całą sobą chciała ochronić Brendona przed bólem. A po chwili poczuła, jak ktoś odrywa ją od drzwi i trzyma mocno w swoich ramionach. ‘Zostawcie mnie! Nie rozumiecie. Ja mu muszę pomóc.’ – Lindsay starała się wyszarpać z uścisku Spencera i Ryana. Czuła, jak szaleństwo dodaje jej sił, odpycha Ryana, ale Smith trzyma ją zbyt mocno, by była w stanie mu się wyrwać.
- Dlaczego to robicie? Dlaczego nie pozwolicie mi mu pomóc! Nie słyszeliście tego? Przecież on cierpi! – Linds czuła, jak opada z sił. Nie mogła z nimi walczyć.
- On o czymś śni. Tak jest każdego dnia… - Powiedział Spencer i rozluźnił uścisk.
Wyobraziła sobie, jak potworne muszą to być sny, jeśli doprowadzają go do takiego stanu. Poczuła, jak kręci się jej w głowie.
Ryan złapał jej rękę i delikatnie uścisnął. - Przykro mi, Lindsay…





Dookoła panowała ciemność. Nieprzenikniona i niebezpieczna. Nigdy przedtem nie był w tym miejscu. Mimo to szedł przed siebie. Odgłos jego kroków i oddechu powracał do niego niczym echo, lecz brzmiało to tak, jak gdyby ktoś podążał za nim. Przyśpieszył. Było mu zimno i bolała go głowa. Jego oddech stał się coraz płytszy. Był zmęczony. Stracił poczucie czasu. Miał wrażenie, że jego wędrówka trwa zbyt długo. Nie mógł jednak przestać. Jego ciało było jak marionetka. Poruszane przez kogoś z zewnątrz. Kiedy starał się sobie przypomnieć, dokąd idzie, ból głowy nasilał się. Starał się odkurzyć wspomnienia, ale to powodowało jedynie ból. Mimo to nie przestawał. Wydawało mu się, że jego wnętrze wypełnia pustka. Chciał ją wypełnić, za wszelką cenę. Dlatego ignorując cierpienie, sięgał do najskrytszych wspomnień, które teraz były jedynie przebłyskami świadomości. Nagle w jego umyśle pojawił się obraz. Trwało to zbyt krótko, by mógł dokładnie zauważyć, co przedstawiał. Poczuł, że właśnie to stanowiło odpowiedź na jego poszukiwania. Gorączkowo przeczesywał wspomnienia, ale nagle zaczęły znikać, po kolei. Jak gdyby ktoś usuwał wszystkie pliki z jego umysłu. Poczuł, jak ciemność pochłania go. Czuł ją. Niczym niewidzialna pajęczyna oplotła jego ciało i wkradła się do jego głowy. Był przerażony. Potrzebował tych wspomnień, by przeżyć. I nagle nie było już nic. Mrok zabrał ze sobą całą jego przeszłość, jak i wszystko inne.
Obudził się z krzykiem. Właśnie z tego powodu walczył ze snem. Nie chciał zasypiać. Wiedział, że koszmar powróci. Jak każdego wieczora. Opadł na łóżko. A potem usłyszał słowa Ryana: ‘Przykro mi, Lindsay…’. Była tam. Za drzwiami. Ona tam była. Jego Lindsay.



Trwało to dwa miesiące. Codziennie przychodziła posiedzieć pod jego drzwiami. Codziennie, aż do października. A potem jego tam nie było.
- Brendon jest w szpitalu. – Powiedział Ryan, widząc Lindsay na środku pokoju Brendona.
Spojrzała na rozbite lustro i zemdlała.


'Cover my eyes
Cover my ears
Tell me these words are a lie
It cant be true
That I'm losing you
The sun cannot fall from the sky...'
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój: :(
Kategoria: brak kategorii
Wybaczcie, że notka krótka, ale nie będę tłumaczyć, dlaczego. Nie będę się usprawiedliwiać, dlaczego taka słaba. Po prostu komentujcie.

Podjechał samochodem trochę bliżej i zgasił silnik. Dochodziła 21.30. Jedynie na piętrze paliło się słabe światło. Narzucił niedbale kaptur i wysiadł z samochodu. Policzył do dziesięciu i po chwili stał już na dużym trawniku pod domem rodziny Thomasów. W oknie pojawiła się Lindsay. Pomachała chłopakowi i obróciła się z powrotem w kierunku pomieszczenia, jakby chciała mieć absolutną pewność, że wszystko w porządku. Pokój ogarnęła ciemność nocy. Linds ze zwinnością kota zsunęła się po starej rynnie. Wpadła wprost w ramiona Brendona, jak tego i każdego innego wieczora. Chłopak przechylił lekko dziewczynę, by móc dokładnie widzieć jej twarz. Delikatnie chwycił jej wargi, a ona zachichotała, lekko drżąc, kiedy pociągnął ją ze sobą na ziemię. Usiedli obok siebie i złączyli swoje stopy, wciąż trzymając się za ręce, by być blisko siebie.
-Nigdy mi się to nie znudzi. – Stwierdził Brendon.
-Tak. To zaczyna przypominać nasz wspólny rytuał. I wiesz co, mogłabym w ten sposób wymykać się na spotkania z Tobą do końca świata. – Skwitowała Lindsay.
-Jest idealnie. – Podsumował Bden i mocniej przycisnął do siebie swoją dziewczynę.


Tego popołudnia w domu pozostali tylko Spencer i Ryan. Na tyle sprytnie wywinął się od nudy Ry, że po kilku telefonach pojawiła się Jessica. Dwójka zakochanych znikła na piętrze, a Smith został sam. Do czasu, kiedy pojawiła się narwana koleżanka Lindsay.
-Hej Spenc. – Bree zarzuciła władczo ręce na perkusistę.
-Witaj. – Spencer lekko odsunął od siebie nachalnie zachowującą się przyjaciółkę. – I…cóż, chcesz wejść?
Dziewczyna nie czekając ani chwili dłużej zrzuciła buty i pomaszerowała w głąb domu.
Spencer obserwował niezdarne ruchy rudowłosej dziewczyny, która z zaciekawieniem przyglądała się plakatom wywieszonym w salonie. Nie mógł kłamać, wyglądała uroczo i budziła jego sympatię, ale…tylko tyle i nic więcej. Mógł śmiało doszukiwać się też czysto ludzkich powodów, które nie pozwalały na ten związek. On o tym wiedział. Ale nie Bree.
-Może chcesz coś do picia? – Zapytał.
-Pewnie! – Odpowiedziała z entuzjazmem, który odganiał niewygodne myśli perkusisty.
-Sok pomarańczowy. – Orzekł przypominając sobie ich pierwszą wspólną przygodę z napojem.
Oboje wymienili krótkie spojrzenia i uśmiechy.
Chłopak znikł w kuchni, myśląc już tylko o tym, jak świetnie czuję się w towarzystwie szesnastoletniej Bree McAdams. Gdy wrócił, na kanapie siedzieli też Ryan i Jessica, żywo dyskutując o czymś z Bree.
-Twój sok. – Powiedział i podał dziewczynie.
Bree lekko musnęła dłonią dłoń Spencera.
Ten nieśmiały gest nie umknął uwadze Jess.
-Hej, Spenc, może mógłbyś mi na chwilę pomóc w kuchni, hmm? – Zaczepiła chłopaka.
-Yyy…No pewnie. – Zgodził się i oboje znikli w kuchni.
-Spencer, co się dzieje między Tobą a Bree? – Zapytała Jess.
Chłopak spojrzał zaskoczony na Jessikę.
-Z jej strony, wydaje mi się, że bardzo dużo. Z mojej strony, nic się nie dzieje. – Wytłumaczył zdawkowo.
Dziewczyna chwyciła swoje włosy i upięła je wysoko. Zabawy z fryzurą zawsze rozjaśniały jej umysł.
-Musisz jej to jakoś delikatnie dać do zrozumienia, wiesz o tym, prawda? – Jess nie spuszczała wzroku z przyjaciela.
Spencer kiwnął głową i opróżnił stojącą obok butelkę mineralnej.
Wrócili bez słów do salonu.

The Daily News. „Szokująca prawda o wokaliście Panic At The Disco”.
People „Brendon Urie chciał popełnić samobójstwo! – kartki z pamiętnika wokalisty popularnego zespołu rockowego”.
OK.! „Lindsay Thomas sprzedaje prywatność Brendona Urie”.

8 sierpnia. Za oknem świat wydaje się być tak odmiennie pobudzony i niespokojny. Powietrze dusi i parzy. Lindsay wychodzi z domu i próbuje przedrzeć się przez tłum paparazzi, stojących od rana przed budynkiem.
-Czy nadal jest pani z Brendonem Urie?
-Czy jesteście zaręczeni?
-Co popchnęło Cię do wyrządzenia takiej krzywdy bliskiej osobie?
-Czy wasz związek skończył się wraz z tym skandalem?
Dziewczyna ukrywa twarz w dłoniach i chowa się w garażu. Ktoś stoi obok niej. Lindsay rzuca się roztrzęsiona w ramiona, które były jej schronieniem. Brendon zdecydowanie odsuwa ją od siebie. Widzi w jego oczach to, co widziała w oczach Rikki: tę wrogość i nienawiść. I coś jeszcze: smutek i cierpienie. Próbuje dotknąć jego policzków, ale on zbyt zdecydowanie łapie ją za nadgarstki.
-Brendon, ja…Nie rozumiem tego, co się stało! – Krzyknęła przez łzy.
-To proste: zawiodłaś mnie. Pozwoliłem po raz pierwszy, by ktoś zbliżył się do mnie tak, jak nigdy a ty sprzedałaś moje życie bulwarówce! – On też podniósł głos.
-Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego! Przecież Cię kocham. Zapomniałeś o tym? – Jej głos nabierał barw rozpaczy i zagubienia.
Brunet spojrzał na nią roztargniony, a jego oczy zwęziły się do wielkości szparek.
-Nie znam Ciebie. Myślałem, że znam. Myślałem, że mnie kochasz. A Ty by zdobyć popularność zniszczyłaś mnie. – Jego słowa wbijały się w piersi Lindsay z siłą, która rozrywała jej serce.
-Nie mów tak! Ja nie sprzedałam Twojego pamiętnika prasie! Dlaczego mi nie wierzysz? Brendon, spójrz mi w oczy! Nie wierzę, że straciłam Ciebie i wszystko, co mieliśmy. Daj mi szansę, uwierz w to, co mówię, proszę… - Lindsay po raz kolejny chwyciła jego dłonie, by otrzymać zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.
-Nienawidzę Cię! Nie rozumiem, jak mogłem być tak ślepy…- Jego głos załamał się. Tym razem to on płakał.
Kochał ją. Była jego życiem, a ona zraniła go i to sprawiło, że czuł się tak beznadziejnie źle.
Nie wiedział, co ma teraz zrobić, co mówić.
-Masz rację Brendon. Nie znasz mnie. Nie potrafisz dostrzec tego, że to, co mówię, jest prawdą. Tak łatwo mnie skreślasz. Nie wiesz o mnie nic. Już dawno powinnam to wiedzieć. – Skwitowała wściekła i rozgoryczona.


Idąc ulicą czuła spojrzenia innych. Jej głowę wypełniały kpiące uśmiechy. Nie potrafiła się pozbyć tego beznadziejnego uczucia. Przystanęła przed budynkiem kawiarni, w której nigdy dotąd nie była. Chwilę przyglądała się masywnym drzwiom, aż w końcu postanowiła wejść.
Usiadła przy stoliku w kącie lokalu i zamówiła gorąca czekoladę. Wyjęła swoją komórkę i wybrała numer.
-Nick, potrzebuję Ciebie. Możesz przyjść szybko do kawiarni na rogu Madison?
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

I need You tonight... Cz. 13

sobota, 19.lipica.2008, 16:34
Ta notka dedykowana Heallven za to, że działa na mnie jak narkotyk.[Mimo, że nie mogę nawet od dwóch dni wejść na jej bloga, żeby skomentować notki]
I druga dedykacja dla Pauli, za to, ze jest. Jej życie jest dla mnie ważniejsze niż moje własne.


Czas stawiał pośpieszne kroki. Wciąż naprzód. Coraz dalej, coraz ciekawiej brnął w przyszłość. Znów nadeszło lato. Tak nagle i niespodziewanie. Choć dla nich świat bezustannie wydawał się czarujący. Uczucie łączące ich od kilkunastu miesięcy nie wygasło. W obojgu płonął ten sam ogień.
Nagrzane powietrze wdzierało się szturmem przez uchylone okna, a słońce z czułością pieściło zielone konary drzew i blade twarze ludzi. Plaża wypełniła się turystami, a pobliskie uliczki sklepikami z pamiątkami. Siedzieli w barze na południowym wybrzeżu. Szerokie ramiona parasoli torowały drogę słońcu. Z głośników sączyła się wesoła melodia, a pomiędzy stolikami krzątali się opaleni kelnerzy i kelnerki. Z wnętrza dochodził zapach smażonych krabów. Lindsay z apetytem spojrzała na talerz stojący na bambusowym stole obok.
-Dobrze się stało, że tu zajrzeliśmy. Kilka chwil a byłbym świadkiem spektakularnego wybryku Twojego żołądka. – Stwierdził po namyśle Brendon.
-Daj spokój! Wcale nie jestem głodna. – Lindsay mimo ogromnych chęci nie mogła powstrzymać się od spoglądania na suto zastawiony stolik obok.
-Oczywiście. – Chłopak przytaknął skwapliwie.
Jak na komendę żołądek Lindsay wykonał salto w tył, mrucząc przeciągle.
Brendonowi cisnęły się na usta słowa triumfu, ale tym razem pozostawił to bez komentarza, a jedyną rzeczą, którą zrobił była delikatna perswazja do kelnera, że byłoby dobrze dla właściciela tego miejsca, by natychmiast podał ich zamówienie. Kelner skinął głową i szybko zniknął za drzwiami kuchni.
-Jak dobrze, że trasa koncertowa dobiegła końca. – Stwierdził Bden, po czym chwycił pod blatem stolika dłoń Lindsay.
Dziewczyna uścisnęła dłoń swojego chłopaka.
Podszedł kelner. Oboje zajęli się jedzeniem.
-Lindsay, jestem a może raczej staram się być dżentelmenem. Darzę Ciebie, nasze uczucie szacunkiem, ale…do diabła, czy Ty nie jesteś pewna uczucia do mnie? – W jego głosie pojawiło się zdenerwowanie, ale i odrobina pretensji.
-Nie rozumiem. – Przyznała szczerze.
-Linds, jesteśmy razem prawie rok. Szanuję twoje decyzję i przekonania, choć właściwie nie wiem nawet, co jest powodem tego, że…o Boże, po prostu Lindsay, dlaczego nie możemy się kochać? – Zdenerwowanie znikło z jego twarzy.
Dziewczyna oparła głowę na otwartej dłoni.
-Kochanie, to nie chodzi o to, że chcę, abyś mi udowodniła swoje uczucie tym aktem. – Wytłumaczył po chwili niezręcznej ciszy. – Ja, zrozum. Kocham Cię. Pragnę, pożądam, nie rozumiesz? Chcę stać się Tobie bliższy, być przez ten jeden moment jednością z Tobą.
-Brendon, myślisz, że jak się z Tobą prześpię, to coś się zmieni? Kocham Cię, tysiąc razy myślałam o tym, jak by nam było cudownie. Ale…Brendon, będziesz zadowolony, gdy prześpię się z Tobą dziś w nocy? – Jej słowa były chłodne i brzmiały jak słowa szaleńca.
Chłopak nie wiedział, czy żartuje, czy mówi to z głębi serca.
-Nie wiem. – Odpowiedział.
Lindsay poczuła, jak oblewa ją na przemian fala lodowatego zimna i palącego gorąca.
-Chodźmy, odwiozę Cię do domu. – Rzucił.
Była 14.00, a oni mieli jeszcze iść wspólnie do parku, a potem do kina. Nie poszli.



Biegła ile sił w nogach. Gorące powietrze wypełniało jej płuca, które niespokojnie unosiły się i opadały. Żar lał się z nieba. Ale ona widziała tylko deszcz, będący jej własnymi łzami.
Potknęła się i upadła na rozżarzony piach. Bezsilność przycisnęła ją do ziemi, a siły grawitacji mocno przygniatały ją do podłoża. Teraz nie miała już wątpliwości, niebo rozpostarło ramiona i płakało tuż nad nią.
Ktoś stał obok niej, trzymając w ręku parasol. Widziała, jak klęka przy niej i narzuca suchą bluzę.
-Brendon? – Jej usta wyszeptały ukochane imię.
-Nie, to…ja, Nick. – Chłopak wydawał się być odrobinę zakłopotany.
Lindsay spojrzała na swojego nauczyciela niepewnie, ale po chwili mocno wtuliła się w jego ramiona.
Słyszał jej pochlipywanie, czuł, jak w jej ciele tłucze się serce, jak z trudem łapie oddech po oddechu.
-Ja…przepraszam. – Lindsay uspokoiła się.
-Nie masz za co. – Zapewnił ją ciepło, ściskając jej dłoń.
Dziewczyna odsunęła się delikatnie od nauczyciela.
-To nieprawda. – Powiedziała twardo.
Nick przyjrzał się jej twarzy. Była mokra od łez, a na czoło opadały jej splątane wodą i piaskiem włosy. Mimo tego wyglądała ślicznie.
-Muszę wyglądać żałośnie. – Stwierdziła, widząc, jak brunet się jej przygląda.
Szybko potrząsnął głową.
-Lindsay, co się stało? – Zadał jej pytanie, które od dłuższej chwili tłukło mu się po głowie.
Dziewczyna wydawała się nie rozumieć jego pytania. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby nie wiedziała, co się dzieje.
-Dziewczyno, co się z Tobą dzieje? Czy coś się stało, coś niedobrego? – Pytał dalej.
-Ja…Bardzo źle traktuję swojego chłopaka. – Rzuciła.
-A więc masz chłopaka… - Nick wydawał się być zaskoczony, a właściwie zawiedziony. Milczał jednak, słuchając tego, co dziewczyna ma mu do opowiedzenia.
-Kocham go. Ale wciąż popełniam błędy, raniąc go. – Dziewczyna starannie dobierała słowa tak, by nie zdradzić nauczycielowi całej prawdy.
=Może wydaje Ci się, że go kochasz… - Nick już po chwili żałował tych słów.
Lindsay zacisnęła usta i odskoczyła od Nicka.
-Kocham go! Nie wie pan nic o nas, nie może pan tak mówić! – Lindsay odczuła to jako atak.
-Przepraszam. – Powiedział Nick.
Lindsay zsunęła z siebie jego bluzę i oddała ją.
-Chyba już pójdę. – Skwitowała Lindsay. – Do widzenia, panu.
-Do zobaczenia, Lindsay.
Stał i patrzył, jak jego uczennica, pełna piękna i zawziętości idzie brzegiem plaży.



-Brendon, Brendon! – Jon już od drzwi wykrzykiwał imię wokalisty.- O, tu jesteś.
-Taa…Co się dzieje, Jon? – Brendon trzymał w dłoni zdjęcia jego i Lindsay, ale po chwili odłożył je pod poduszkę.
-Będziemy mieli swój własny reality show. – Poinformował go basista, chwytając kawałek ciasta przywiezionego od mamy Spencera.
-Co takiego? Kto o tym zadecydował? – Zapytał odrobinę wkurzony Bear.
-Wytwórnia i cały management. – Odpowiedział wchodzący do pokoju Ryan.
Po chwili w salonie zebrał się cały zespół.
-Niech Wentz to wytłumaczy, do diabła! – Brendon wydawał się być bardziej wściekły niż zwykle i tylko Ryan znał powód.
-Pete stwierdził, że nie mamy wyjścia. – Skwitował Jon.
-Co to oznacza dla nas? – Spytał Bden.
-Miesiąc zamknięcia pod okiem kamer. Nawet wstęp znajomych ograniczony czasowo. – Wyjaśnił Ross.
-A niech to… - Jęknął załamany Urie.
-Cóż, ma ktoś ochotę na straszne historie? – Zapytał Spencer.
-Ja się nie piszę. Idę na górę. – Stwierdził Brendon.
Za oknem lało, było ciemno.
-Ja zaczynam! – Zgłosił się Ryan. – Jon, zasłoń okna.
Mrok ogarnął pokój.
Ryan ściszył głos i rozpoczął opowiadać wymyśloną przez siebie historię:

‘’Kiria miała ambicje, talent., dobrą rodzinę, pieniądze i nigdy jej niczego nie brakowało. A jednak.
Na pozór wydawała się miłą i grzeczną dziewczyną, ale jej dusza nie była taka odkąd zaczęła uczęszczać na sesje satanistyczne. Nikt się by po niej tego tak naprawdę nie spodziewał i nikt tak naprawdę o tym nie wiedział.
Kiria podporządkowała się całkowicie 2 przywódcom grupy i wykonywała ich rozkazy bez sprzeciwu. Na początku nie było to nic strasznego. Miała przynosić im biżuterię i pieniądze rodziców.
Kiria nie miała pojęcia, że wpadła jako kolejna w jedną wielką grę. Posłuszeństwo albo śmierć.
Na sesje chodziła także Enelia. Obydwie zakolegowały się. Jednak pewnego dnia, gdy przywódca kazał dziewczynie przynieść majątek rodziców ona sprzeciwiła się temu i uciekła. Nigdy więcej Kiria jej nie widziała. Zaczęła się bać tego, w co się wplątała. Jednak nie chciała skończyć jak jej koleżanka Enelia. Coraz rzadziej przychodziła na sesje. Pewnego dnia po trzy tygodniowej sesji satanistycznej na którą Kiria nie poszła zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu jej komórki pokazała się nazwa: Bos.
Kiria wiedziała dlaczego dzwoni i kto dzowni. Nie odebrała telefonu. Po paru minutach przyszedł sms: Kiria co się z tobą dzieje? Chyba nie zrezygnowałaś? Dziewczyna przestraszyła się. Pobiegła do rodziców i zaczęła płakać. Rodzice uspokoili ją i zaczęli się dopytywać o co jej chodzi. Ona im wszystko powiedziała. Przerażeni rodzice nie odezwali się ani słowem. Po chwili komórka ponownie zaczęła dzwonić. Matka nalegała aby odebrała ale Kiria rozłączyła się. Ponownie po paru minutach dostała sms’a: Pamiętasz jakie były warunki? Nikt nie może wiedzieć. Zabij rodziców inaczej my przyjdziemy po was.
Kiria wbiegła do kuchni nie pokazując sms’a rodzicom. Wyjęła nóż z kuchni i schowała go za plecami. Widziała nie raz na sesjach jak Bos wbijał nóż w ciało zwierzęcia a nawet niekiedy nie kiedy człowieka oddając go szatanowi. Kiria wyklinała na klawiaturze: Nikt nie może wiedzieć. Zaraz się ich pozbędę.
Po chwili komórka zadzwoniła:
- Tak słucham? – Zaczęła
- Zabij ich! – Usłyszała.
Po czym osoba po drugiej stronie rozłączyła się. Kirii zaczęły drżeć nogi.
Zrobi to. Po co jej rodzice? Ma wielką rodzinę braci i sióstr przy których czuje się bezpieczna. Za to, że zwątpiła wykona rozkaz Bos’a. Zabije rodziców. Ze schowanym nożem za plecami podeszła do drzwi i zamknęła je na klucz po czym wyrzuciła go do kosza.
- Co robisz słonko? – Powiedziała matka.
- Robię to co do mnie należy – Wyjęła nóż. Jej ojciec natychmiast wstał.
- Kiria zostaw nóż. Ni ci kompletnie poprzewracali w głowach! - ,,Świat nie istniał zawsze… - Zaczęła modlitwę – Pierwszy był on. Nasz Pan. Nasz Zbawca, który po nas kiedyś przyjdzie. Za to, że nie zwątpimy zabierze nas do Siebie. Gdzie w postoju i dostatku żyć będziemy zawsze…” – Ojciec zbliżył się w kierunku córki lecz ona ugodziła go nożem w policzek. Krew zaczęła spływać po jej nadgarstku. Wyjęła nóż ,,A Pan moim cieniem, śmiercią…” Wbiła nóż w tętnice z której w tej samej sekundzie trysnęła fontanna krwi zalewając twarz Kiri. ,, I pójdę dalej…” Ojciec upadł na ziemię ,,Nieważne co by się działo…” Jednym szarpnięciem ostrego noża rozerwała mu gardło. ,,Zmiażdżę wrogów, którzy stoją…”. Purpurowa krew zalała bialutki dywan na, którym leżało martwe ciało jej ojca ,,Na drodze do stworzenia…”…
Kiria spojrzała na przerażone oczy matki, która trzymała się za serce i ciężko oddychała. ,,Lepszego świata…”.
- Kiria… - Wyjąkała. Jej siwe włosy stały się jakby całkiem białe. Białe ze strachu.
- Z nimi czeka mnie lepszy świat. Lepsze życie…
- Oni pomieszali Ci w głowie – Matka patrzała na ciało swojego męża. Po jej policzkach zaczęły cieknąc łzy.
- I Ciebie oddaje w ofierze Szatanowi - ,,Bo życie nie kończy się na jednej przeszkodzie…” Zadała cios w środek czoła, gdzie zostawiła nóż ,,Trzeba brnąć dalej bez końca…”.
Jej matka leżała już martwa na fotelu z szeroko otwartymi oczami ,,Aż nie znajdzie się wyjścia z pułapki zwanej życiem”.
Kiria była szczęśliwa z tego co zrobiła. Chciała biec do swoich braci i sióstr, rzucić się Bosowi w ramiona i powiedzieć, że są dla niej wszystkim. Uśmiechnęła się. Nagle dostała sms’a na zachlapaną krwią komórkę. Odgarnęła ręką z purpurowej cieczy loczek z czoła pozostawiając na nim czerwony ślad i odczytała wiadomość: Grupa jest z Ciebie dumna. Poradzisz sobie już sama”.
Kiria nie zrozumiała o co chodziło. Zadzwoniła, ale osoba po drugiej stronie powtarzała w kółko ,,Nie ma takiego numeru”. Spróbowała ponownie i znowu to samo i tak w kółko. Jednak po drugiej stronie nie było już nikogo.
Nikt nie odebrał.
Zostawili ją, bo stwierdzili, że jest im już niepotrzebna.
Nic im nie może dać. ‘’
- I co, może być? – Zapytał Ross.
Przyjaciele spoglądali na niego z przestrachem.
-Ej no, co wy? Przecież to tylko bujda. Macie jaja, czy nie? Boicie się? – Ryan był rozbawiony zachowaniem swoich kolegów.
Po chwili w całym domu, przepełnionym dotąd ciszą rozległ się dzwonek telefonu.
Cała trójka spojrzała w stronę stolika, na którym leżał aparat.
Mijał pierwszy, drugi, trzeci i kolejny sygnał, ale żaden z nich nie miał odwagi odebrać.
-To tak, jak w tej historii! – Krzyknął Spencer.
-Zamknij się, idioto! – uciszył go Ryan.
-A jak to ten Bos? – Jon nie potrafił opanować drżenia rąk.
Po chwili telefon ucichł. Przyjaciele jednak nie potrafili ruszyć się z miejsca.
Rozległo się pukanie do drzwi.
-Ja nie pójdę otworzyć. – Zarzekł się Spencer.
-Ani ja! – Panikował Ryan.
Oboje spojrzeli na Jona. Chłopak głośno przełknął ślinę i zbliżył się do drzwi.
-Jon! Czemu nie odbieracie telefonu? – Na progu przywitała go Lindsay.
-O rany, jak ja się cieszę, że to Ty Lindsay. – Stwierdził uradowany chłopak.
-Yyy…Taa…jest Brendon? – Zapytała zdziwiona zachowaniem basisty.
-Na górze. – Powiedział i wrócił do salonu.
-Cześć chłopcy. – Rzuciła Lindsay do dwóch przerażonych Panikarzy i znikła na schodach.
-Ale z nas bubki. – Skwitował Ryan.


Dziewczyna zapukała do drzwi pokoju. Odpowiedziała jej cisza. Wsunęła się do środka. Pusto. Drzwi do łazienki były uchylone. Brendon brał prysznic.
Lindsay zamknęła drzwi pokoju na klucz. Zrzuciła swoje spodnie, podkoszulek, bluzę, a potem bieliznę. Ułożyła się prowokacyjnie na łóżku.
Po paru minutach z łazienki wyszedł Brendon, zawinięty w ręcznik.
-O Boże…- Brendon spojrzał w stronę łóżka.
Jego dziewczyna leżała naga na jego pościeli. Usiadł na krześle przy oknie i z podziwem spoglądał na jej idealne ciało. Była piękna. Widział ją tu i teraz. Uśmiechała się zachęcająco, a on nie potrafił wymówić słowa ani wykonać ani jednego ruchu. Zrzucił ręcznik i położył się obok niej. Poczuł, jak wzbiera w nim wewnętrzny ogień, który pali go, kiedy spogląda na jej krągłości. Nie mógł oprzeć się pokusie, by dotknąć jej piersi, ale starał się być delikatny i czuły. Po chwili jednak zabrał rękę i złożył na jej ustach gorący pocałunek. Chwycił kołdrę i przykrył jej ciało tak, by go nie kusiła.
-Co robisz? – Zapytała zaskoczona.
-Spędzam noc z moją dziewczyną. – Wyjaśnił i tak jak kilka nocy wcześniej, ułożył się obok niej, a ona przylgnęła do niego całym ciałem.
-Dziękuję. – Wyszeptał.
Dziewczyna zarumieniła się delikatnie, kiedy objął jej biodro i zasnęła.
-Dobranoc, moja piękna.
Brendon leżał jeszcze kilka minut, patrząc w sufit.
-Jesteś szalony, ale cenię w Tobie to Urie.

Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
To było jak bajka. Ale oni nie byli dziećmi. Byli młodzi, złaknieni życia. Ich miłość wciąż nabierała na intensywności. Każde z nich było wszystkim dla siebie nawzajem. Celebrowali niesamowity dar, który otrzymali, coś bardzo pięknego: miłość.
Ona poświęcała każdą wolną chwilę, by w czasie nieludzko krótkiej przerwy wykonać, chociaż jeden telefon.
On jeździł pomiędzy studiem a domem, by móc ją zobaczyć. Wysyłał jej bilety na samolot, by mogła przyjechać na jedno z show. Walczyli o każdy wspólny pocałunek. Każdego dnia ich związek wystawiany był na próbę. Czasami ich codzienność przypominała bardziej film akcji. Komedia romantyczna trwała jedynie dzień, czy dwa, kiedy Panic At The Disco byli w domu.
-Czasami zastanawiam się, jak możemy w taki sposób funkcjonować? – Odezwała się Lindsay, spoglądając na zachód słońca.
-Żyjemy na wariackich papierach. – Westchnęła Jess.
-Widuję go raz, czy dwa w miesiącu. To cholernie mało. – Stwierdziła Linds, strzepując liście z parapetu.
-Wszyscy płacimy tę samą cenę, kochanie. – Skwitowała przyjaciółka i oddała się lekturze.
-Powoli mam dość. – Mruknęła Lindsay, po czym opuściła pokój.
Czuła się rozgoryczona. Wiedziała, że nie czegoś takiego oczekiwała. Bała się, że to ją przerośnie, że nie poradzi sobie z samotnością. Znów porównywała tą miłość do tego, co było między nią, a Rustem. Czy rozczarowanie znów miało być tu wspólnym mianownikiem?
Dziewczyna narzuciła żakiet i zostawiając za sobą żale i niepewności ruszyła w dół ulicy.
Było chłodno. Ale ona uwielbiała smak powietrza o tej porze roku w Los Angeles. Kochała to równie mocno jak samotne spacery po plaży. Po przejściu pewnego odcinka, zatrzymała się, by odsunąć od siebie rzeczywistość i spojrzeć na dziwnie spokojną dzisiejszego dnia taflę oceanu. Powróciła do życia w Melbourne. Delikatnie odkurzała wspomnienia, próbując ominąć te bolesne. Za każdym razem, kiedy powracała do tamtych czasów, przecież wcale nie tak odległych, na jej twarzy pojawiał się uśmiech. Była wtedy inną osobą. Szalona, nieobliczalna Lindsay. Właściwie raczej głupia, naiwna i prowokująca. Tak, to chyba właściwe słowa. Te pięć miesięcy temu była kompletną ignorantką, a w pewnym momencie by to udownidnić numery rejestracyjne jej samochodu zastąpił napis ‘Up yours!’. To było dziecinne.
Teraz była po prostu…inna.
-Lindsay Thomas, co robisz w tak cholernie chłodny dzień na plaży? – Bree stała tuż obok niej.
Dziewczyna roześmiała się, widząc zakłopotaną twarz Linds.
-A więc Nick miał zupełną rację. – Rzuciła Bree.
-Nick? – Odezwała się zdławionym głosem Lindsay.
-Nasz cudowny super – ekstra – macho widział Ciebie kilka razy samotnie snującą się po plaży. – Odpowiedziała koleżanka.
Lindsay roześmiała się, słysząc, jakim mianem Bree określa nauczyciela.
-Całe LA High zachodzi w głowę, co Cię tak… męczy. – Kontynuowała opowieść Bree, teatralnie zawieszając głos. – Teorię bywały już różne. Jedne głupsze, drugie mniej.
-A co twierdzi Rikki? – Zapytała Lindsay.
-Wiedziałam, że to Cię zainteresuje. – Żachnęła się triumfalnie Bree. – Ta zołza puściła w obieg ploty, że Brendon z Tobą skończył.
Lindsay zamilkła. Mimo, że były to bzdury, po jakiejś części stan, który teraz przeżywali daleki był sielance.
-Wyśmiałam te poglądy od razu, kochanie. Tej mendzie już nic nie pomoże, chwyta się czego popadnie, by choć trochę odwrócić od siebie uwagę i od skandalu, który wynikł z jej potajemnych spotkań z Erikiem Gerardem. Żałosne…- Westchnęła Bree.
‘Życie towarzyskie licealistów z Los Angeles było pełne niespodzianek’ – Właśnie tego zdążyła się dowiedzieć Lindsay. ‘I w żadnym bądź razie nie było to nudne życie. Wręcz przeciwnie. Wszędzie huczało od plotek, a skandal był pożywieniem wszystkich młodych’.
W tym momencie Lindsay uderzyło coś innego.
-Nick…Co on ma z tym wszystkim wspólnego? I do stu piorunów, czy wszyscy rozmawiają tylko o mnie? – Lindsay czuła się zagubiona w tym wszystkim.
-O rany, Lindsay, Ty naprawdę nie wiedziałaś, że Nick ma dodatkową pracę i że mieści się ona na Twojej ulicy? – Bree wydawała się być zaskoczona.
-Nie miałam pojęcia…- Przyznała Linds. – W takim razie opowiedz mi wszystko, co powinnam wiedzieć, ucząc się w LA High…




22 grudnia temperatura powietrza spadła do 8 stopni Celsjusza. Powietrze było przepełnione wilgocią i zapachem zielonych choinek. Dwójka zakochanych spacerowała po ulicach Miasta Aniołów. Ubrana w popielaty płaszcz dziewczyna wtulała się w idącego obok chłopaka.
-Nie mogę uwierzyć, że mam Cię tuż obok. – Brendon wsunął palce w długie włosy Linds.
-Od samego początku byłam przygotowana na święta bez Ciebie. I teraz, kiedy wiem, że będą to nasze pierwsze święta razem, to wszystko wydaje mi się takie nierealne. – Przyznała dziewczyna.
Brendon uśmiechnął się i jeszcze mocniej chwycił jej dłoń. Z czasem nauczyli się doceniać takie chwile. Tak rzadko dane im było się przytulić, pospacerować.
-Jutro w Bell Gardens Hotel nasza wytwórnia organizuję bankiet. Masz ochotę tam ze mną pójść? – Zapytał.
Dziewczyna założyła dłonie na jego ramionach i czule chwyciła jego wargi.
-To chyba oznacza tak, prawda? – Droczył się z nią, rozbawiony jej wyrazem twarzy.
Na potwierdzenie dała mu kolejnego buziaka.


-Mamo! – Z holu od dobrych pięciu minut dobiegało przeciągłe wycie Matta.
Zajęta przygotowaniem śledzi Pani Domu westchnęła ciężko, spoglądając niepewnie w stronę drzwi. Po chwili, zza rogu wyłoniły się zielone, rozłożyste gałęzie choinki, niesionej przez Mathew i Ryana.
-Dzień Dobry, pani Thomas. – Ryan skinął delikatnie głową, rozglądając się przy tym za Jessicą.
-Dzień Dobry, dzieci. – Kate Thomas obdarzyła ich szerokim uśmiechem. – Postawcie drzewko w salonie, a ja zobaczę, co robią Lindsay i Jess.
-Hej, tam na górze! – Krzyknęła, słysząc dzikie piski na piętrze.
-Już idziemy, mamo! – Zapewniła Lindsay.



Tuż przed 20.00 pod dom Thomasów podjechała limuzyna. Powietrze było chłodne i przenikliwe, a od strony plaży przesuwała się delikatna mgła. Obie przyjaciółki narzuciły płaszcze i wysunęły się z domu.
-Wyglądacie olśniewająco. – Osądził Jon, u którego boku tym razem zabrakło dziewczyny.
-Dzięki. – Odpowiedziały niemal równocześnie dziewczyny.
W milczeniu odjechali w stronę hotelu.
-Mam podjechać od tyłu? – Zapytał szofer.
-Tak Charles. Dziś pewnie nie trudno o paparazzi przed wejściem, a to spotkanie powinno mieć bardziej prywatny charakter. – Wytłumaczył Spencer.
-Zgodnie z życzeniem. – Skwitował Charles.
Dotarli na miejsce. Szybko znaleźli się wewnątrz. Obie dziewczyny po raz pierwszy były w tak luksusowym hotelu. Andaluzyjskie motywy budziły zachwyt gości hotelu.
Dystyngowany kierownik hotelu zaprowadził ich do Sali głównej, uprzednio wręczając klucze do apartamentów, w których mieli spędzić tę noc.
-Brendon, to miejsce jest niesamowite. – Lindsay nie potrafiła ukryć zaskoczenia i podziwu.
-Tak, jest w tym miejscu coś magicznego. – Przyznał chłopak, delikatnie obejmując swoją partnerkę. – Ty idealnie tu pasujesz. Wyglądasz dziś zjawiskowo. – Wyszeptał i delikatnie przesunął palcem po jej policzku.
Dziewczyna oblała się rumieńcem.
Sala zapełniała się ludźmi, których Lindsay kojarzyła jedynie z pierwszych stron gazet. Podano pierwsze danie, które wydało się jej tak niedorzecznie wykwitnie, że obawiała się, czy aby nie popełni jakiejś gafy i nie sprawi, że Bden musiałby się wstydzić za jej brak obycia z wielkim światem. Brendon, jakby dostrzegając jej podenerwowanie i obawę, chwycił palcami kawałek sałaty i wsunął do buzi, wyglądając przy tym jak dziecko. Rozbawiło to Lindsay i pozwoliło na delikatne rozluźnienie. Kieliszek wina też zrobił swoje.
-Mogę prosić do tańca? – Od początku Brendon traktował ją jak księżniczkę.
Podała mu dłoń i pozwoliła, by porwał ją na parkiet.
Kołysali się przytuleni do siebie. Mijały kolejne tańce, a oni trwali tuż przy sobie, bawiąc się w rytm muzyki…




Po 22.00 Jessica znikła mu z oczu. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Postanowił sprawdzić apartament. Ujrzał ją tuż, przy drzwiach balkonu. Stała w białej sukni, oparta o szybę. Jej złote włosy lśniły w blasku księżyca. Mierząc każdy krok już po chwili stał przy niej.
Dotknął jej rozpalonych ust i piersi i po chwili poczuł, że musi ją posiąść. Chwycił delikatnie jej dłoń i zaprowadził do sypialni. Położył ją płasko na łóżku i zsunął ramiączka jej sukienki.
Jessica jęknęła, kiedy zrzucił jej sukienkę i po chwili uśmiechnęła się do niego, dając mu nieme pozwolenie…






Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

As long as You love me... Część 11.

piątek, 27.czerwca.2008, 19:25
Z dedykacją dla Obłąkanej.:* (middle-of-summer.mylog.pl)

Upalny wrzesień żegnały dni pochmurne i szare. Nad miastem wisiały elektryzujące, ciemne obłoki, przynoszące burze. Cały świat wariował. Z powodu złych warunków pogodowych, lotniska zostały zamknięte, a wszystkie loty wycofane. Trasa koncertowa zespołu, trwająca od tygodnia na wschodnim wybrzeżu USA została przerwana. Chłopcy pozostali w Los Angeles na kilka dni.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła siódma rano. Niechętnie wysunęła się spod kołdry.
Zrzuciła z siebie bluzę Brendona i uklękła, szukając dżinsów.
-Już idziesz? – Spytał, tłumiąc ziewnięcie.
Obrzuciła go spojrzeniem pełnym miłości.
-Jest już po siódmej, a ja muszę jeszcze wstąpić do domu, zanim pojadę do szkoły. – Wytłumaczyła.
Czuł, że wolałaby z nim zostać, ale nie mógł jej o nic prosić. Przyglądał się jej uważnie, pochłaniając wygłodniałym wzrokiem jej ciało. Byli ze sobą już dłuższy czas. Spędzała u niego wiele nocy, ale nigdy do niczego nie dochodziło. Nie chciał jej zawieść, a wiedział, że w poprzednim związku zbyt wcześnie oddała całą siebie i teraz jest ostrożna.
-Wiesz, jak trudno jest się powstrzymać? – Zganił ją, patrząc na jej idealne ciało, ukryte pod kaszmirowym golfem i powycieranymi dżinsami.
Zarumieniła się, słysząc te słowa.
-Dlatego tym bardziej Ci dziękuję. – Stwierdziła, podchodząc do wyciągniętego, na wpół uśpionego chłopaka. – Kocham Cię, wiesz? – Wyszeptała.
Wyszczerzył się w łobuzerskim uśmieszku.
-Do zobaczenia. – Rzuciła.
-Do zobaczenia, moje kochanie. – Odpowiedział, zamykając powieki zaraz po tym, kiedy dobiegł go dźwięk zamykanych drzwi frontowych.
Wymachując energicznie rękoma pomaszerowała do domu. Zabrała swoją torbę, chwyciła kanapkę przygotowaną przez mamę i znikła na zewnątrz. Na podjeździe czekał już jej ford, którego dostała po tym, jak tato kupił nowe auto. Wsunęła się do bezpiecznego samochodu i odczekała kilka minut, po których pojawiła się Jessica.
-Hej słonko. – Rzuciła przyjaciółka, siadając obok.
Obie uśmiechnęły się na myśl o tym, że spędziły noc w domu sąsiadów.
-Jedź ostrożnie. Deszcz zaczyna zacinać coraz bardziej. – Zauważyła Jess, spoglądając to na jezdnię, to na podręcznik matematyki, który ułożyła na kolanach.
-Paskudna pogoda. – Westchnęła. – Dlaczego nie zamknęli naszej szkoły tak jak setkę innych budynków w mieście na czas tych burz…- Marudziła Lindsay, próbując dojrzeć coś pomiędzy strugami deszczu.
Jess wzruszyła ramionami. Zapadła cisza. Na przedniej szybie pracowicie kłapały wycieraczki, siłujące się z naturą. Dotarły. Linds zaparkowała jak najbliżej głównego wejścia, by szybciej znaleźć się wewnątrz.
-Do zobaczenia po lekcjach. – Pożegnała się Lindsay, a sama przemoczona poczłapała do klasy.
Dzwonek. Na pierwszej lekcji pani Freegets odpytała wszystkich ze znajomości mapy. Lindsay poszło całkiem nieźle, więc ze spokojem odetchnęła, kiedy nauczycielka pozwoliła jej usiąść.
Na przerwie zdążyła tylko przejrzeć odebrane wiadomości. Wszystkie od Brendona.
Druga lekcja: podstawy ekonomii. Kompletnie zielona, wbiła wzrok w podręcznik i starała się być niewidzialna dla panny Summers. Swoją drogą musiała przyznać, że to nazwisko idealnie pasowało do tej kobiety. Była młodą, zabawną i uroczą osóbką. Do pracy przychodziła zawsze nienagannie uczesana i ubrana w najbardziej modne, czasami dość wymyślne stroje.
I tym razem szczęście nie ominęło przerażonej dziewczyny. Summers wydawała się być równie przygnębiona tą pogodą, co Lindsay, dlatego jedynym zadaniem na tej lekcji było przeczytanie tematu z podręcznika.
Kolejne godziny mijały równie spokojnie. W przerwie na lunch Lindsay w końcu zjadła swoje śniadanie. Zamieniła parę słów z Bree, rudowłosą, całkiem pokręconą, ale sympatyczną koleżanką z klasy, a potem oddała się bez pamięci wysyłaniu wiadomości do swojego chłopaka.
Na ostatniej godzinie odbywały się zajęcia wychowania fizycznego. Razem z resztą dziewczyn Lindsay poszła do szatni.
-Hej, Thomas! – Krzyknęła wysoka brunetka, stojąca na drugim końcu szatni. – Skąd wzięłaś ten golf?
Dziewczyna niechętnie odwróciła się w stronę koleżanki z klasy. Zanim zdążyła otworzyć usta, jedna z ‘przyjaciółek’ ciemnowłosej dziewczyny zabrała głos.
-Widziałam ostatnio, jak wstępowała do second hand’u. Stamtąd pewnie bierze te wszystkie swoje żałosne ubrania. – Stwierdziła.
Prawdę mówiąc, golf dostała od babci, która własnoręcznie go zrobiła. Było to jedno, z ulubionych ubrań Lindsay. Nieraz słyszała od innych, że wygląda w nim zjawiskowo, a sam kolor podkreśla jej delikatną urodę. Dziewczyny zaniosły się śmiechem. Czuła, że powinna jakoś zareagować.
-Och, właśnie Rikki, masz rację. Wstąpiłam do ciuchlandu…To była, czekaj…o, już mam! Sobota. Tak. Zeszłej soboty wydawało mi się, że widziałam Ciebie w towarzystwie Erica Gerarda. - Powiedziała Lindsay, akcentując nazwisko chłopaka. – Chciałam podejść i zagadać, ale wyglądaliście na strasznie zakochanych.
Lindsay widziała, jak twarz Rikki staje się coraz bledsza, miała nawet wrażenie, że dziewczyna za chwilę zemdleje. Doskonale wiedziała, jak bardzo niepopularnym uczniem w szkole jest Eric. Wielokrotnie padał ofiarą niewybrednych żartów. A jednak jedna z dziewczyn, należących do elity, w tajemnicy spotykała się z nim. Wyjawienie tego sekretu mogło kosztować Rikki utratą pozycji, niewyobrażalnym wstydem i odrzuceniem, ale w tej chwili Lindsay nie dbała o to. Dotknęła ją uwaga na temat ukochanego ciuchu, dlatego nie potrafiła wyhamować. Z nieukrywaną satysfakcją zrzuciła z siebie ubrania, pozwalając, by reszta mogła się jej przyglądać, narzuciła podkoszulek i szorty, a potem w towarzystwie Bree i Melisy opuściła pomieszczenie, w którym wyczuwalne było ogromne napięcie i zażenowanie.
Shante Willis poprowadziła rozgrzewkę, a potem cała grupa miała przebiec 10 długości całej sali. Większość pokonała bez problemu ten dystans. Również Lindsay się to udało. Dziś miały grać w piłkę nożną.
-Jak wiecie, jest to mało popularny sport w Stanach. – Tłumaczył Nick, trzymając piłkę w ręku. – Chciałbym jednak zaszczepić w was jakąś miłość do tej dyscypliny, dlatego mam nadzieję, że wszystkie dacie z siebie 70 % serca i 30 % wysiłku.
Dwie drużyny. Pierwszy gwizdek. Podania, dryblingi, współpraca i w końcu udany atak. Lindsay zdobyła bramkę. Wściekła a właściwie zdruzgotana Rikki przy pierwszej okazji dotkliwie zaatakowała Linds. Faul. Dziewczyna leżała na parkiecie boiska.
-Wszystko w porządku? – Zapytał Nick.
Lindsay uniosła oczy pełne łez na swojego nauczyciela. Wyglądał na przerażonego.
-Cholernie boli. – Odpowiedziała dziewczyna, spoglądając na poturbowaną kostkę, która momentalnie spuchła.
Lindsay westchnęła i patrząc na swoją nogę, próbowała dodać sobie otuchy, by wstać. Na Sali rozległ się krzyk. Nie była w stanie zrobić ani kroku. Nick bez słowa chwycił ją i wziął na ręce.
-Niedobrze. – Skwitował. – Cholera, szkoda, że właśnie teraz musiało Ci się to przytrafić. Byłaś świetna.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
-70 % serca. – Przypomniała mu jego słowa, zaciskając mocno zęby, by nie jęknąć z bólu.
-Aż tak podpadłaś Rikki, hmm? – Jego słowa zaskoczyły Lindsay. Czy był świadkiem tego przedstawienia?
-Rikki nie lubi przegrywać, to chyba wszystko. – Przekonywała.
-Ach, tak…- Wydawał się nie wierzyć jej słowom.
Szkolna pielęgniarka osądziła, że to jedynie stłuczenie. Po kilku dniach powinno być w porządku.
-Dziękuję. – Zwróciła się do swojego nauczyciela, kiedy zobaczyła go, czekającego za drzwiami.
-Chyba powinnaś wrócić do domu. – Osądził, spoglądając na nią z troską.
-Powinnam. – Zgodziła się, przypominając sobie zalecenia pielęgniarki. – Do widzenia panu.
-Do widzenia. – Powtórzył. – Ahh, Lindsay…- Krzyknął za dziewczyną, gdy szła powoli korytarzem.
-Tak? – Zatrzymała się.
-Bardzo boli? – Spytał.
-Już nie. Pielęgniarka popsikała mi jakimś sprayem. Jest ok. – Odpowiedziała.
-Więc uśmiechnij się. Ładnie wtedy wyglądasz. – Stwierdził.
Dziewczyna przyjrzała się twarzy nauczyciela. Był dla niej dobry.
Spełniła jego prośbę.
-Do widzenia. – Rzuciła.
-Do widzenia…Lindsay Thomas. – Wyszeptał, gdy znikła za drzwiami frontowymi.
Jessica zwolniła się wcześniej z lekcji, by zawieźć siostrę do domu.
-Lindsay, kochanie, teraz będę na Ciebie uważać. – Przysięgła Jessie.
-Och, przestań. To nic poważnego. – Tłumaczyła Linds.
Kuzynka jedynie uśmiechnęła się do przyjaciółki.
-Czy Brendon wspominał Ci coś o EMA? – Zapytała Jess, skręcając na 190th Street..
-Nie. – Odpowiedziała.
-Och…- Westchnęła Jessica.
-Hej, kochana! Mów, o co chodzi? – Dopytywała się Lindsay.
-Za tydzień w Londynie odbędzie się rozdanie nagród EMA. Ryan chcę, żebym poleciała z nimi. – Wyjaśniła. – Pomyślałam, że Brendon to samo zaproponował Tobie.
-Ale nie zaproponował. – Lindsay starała się powiedzieć to najbardziej obojętnie, jak tylko potrafi, ale Jess i tak czuła, że jej przyjaciółka czuję się zawiedziona.
-Posłuchaj, jestem pewna, że Brendon już od dawna ma zamiar Ciebie zaprosić. Może po prostu jak to on, wszystko odkłada na ostatnią chwilę, albo sam zapomniał, że na coś takiego się wybiera. – Jessica próbowała dodać otuchy swojej siostrze.
-Ech… - Jęknęła Linds.
W końcu były na miejscu. Do wieczora Lindsay leżała w łóżku, analizując wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia. Z rozmyślań wyrwał ją Matt.
-Hej, przyszedł ktoś do Ciebie. – Powiedział, zostawiając ją samą w pokoju z Brendonem.
Mimo żalu do niego, podniosła się i usiadła na krawędzi łóżka.
-Moje maleństwo. – Rzekł troskliwie Bden. – Wiedziałem, że nie powinienem Ciebie dzisiaj wypuszczać z łóżka.
Lindsay usiadła na jego kolanach i z rozbawieniem przyjrzała się jego włosom. Delikatnie zmierzwiła je ruchem ręki i z czułością ucałowała jego usta.
-Następnym razem zostanę z Tobą w łóżku cały dzień…- Powiedziała z przekąsem.
-Jesteś niesamowita. – Szepnął. – Nie wiem, czy mógłbym przez cały dzień wytrzymać z Tobą w łóżku…W ten sposób. – Dodał.
-Och, Brendonie. Nie kuś…Nie wódź mej duszy na pokuszenie. – Zamruczała podniecona, gdy ten wsunął dłonie pod podkoszulek.
-Jeśli będziesz dalej tak na mnie działać, to bądź pewna, że niedługo nie będę mógł się opamiętać i… - Nie dokończył.
Zadzwoniła jego komórka.
-…I zawsze będzie coś, co nam na to nie pozwoli. – Dodała rozbawiona Lindsay.
Brendon spojrzał na nią z podziwem. Kochał ją bardziej, i coraz intensywniej. Była cudowna.
Odebrał telefon.
-Tak? Cześć…Tak, przecież wiem. Wiesz, dzięki za to, że spytałaś, ale mam już partnerkę. Yhy…To do usłyszenia. Na razie. – Zakończył krótką rozmowę.
-O jakiej partnerce mówiłeś, hmm? – Zapytała Lindsay.
-Na rozdanie EMA’s. – Stwierdził, szczerząc się w uśmiechu.
-A któż to taki? – Zapytała.
-O rany, Lindsay. Czasami wydaje mi się, że nie wystarczająco często mówię Ci, że Ciebie kocham…- Westchnął. – Jesteś moją dziewczyną i to naturalne, że Ciebie pragnę zabrać na tak ważną dla mnie uroczystość, zwłaszcza, że mamy szansę coś zdobyć.
-O kurczę! Brendon, jesteś cudowny! – Lindsay była bliska płaczu.
-Tylko nie wiem, jak teraz z tą Twoją nogą, kotku. – Zastanowił się, spoglądając na obiekt ostatnich zmartwień.
-Nie ma mowy! Ta nic nieznacząca kontuzja mi nie przeszkodzi. Chcę być tam z Tobą i już! – Ekscytowała się dziewczyna.
-Już dobrze moja wariatko. – Zgodził się.
-A właściwie, kto do Ciebie dzwonił? – Spytała Lindsay, kiedy zdążyła odrobinę ochłonąć.
-Rebecca. – Odpowiedział. – Wiesz, dopóki nie miałem dziewczyny, na rozdania nagród i na różne imprezy zapraszałem właśnie ją. Nie chciałem być sam, kiedy reszta zespołu miała swoją połówkę. – Wyjaśnił.
Lindsay nie zawracała sobie głowy myślami o Rebece. Przytuliła mocno Brendona i pozwoliła, by ten całował czule jej usta.


Ceremonia rozdania przekroczyła najśmielsze oczekiwania dziewczyn. Były zachwycone całym wydarzeniem, obcowaniem z tyloma ciekawymi postaciami. Chłopcy również nie wrócili do USA bez niczego. Zdobyli 2 statuetki.
-Byliście genialni. – Przyznała.
-Dzięki. A ty byłaś cudowna. Zwłaszcza w tej czerwonej sukni. Gorąca, jak cholera. – Pokiwał głową zachwycony Bden.
- Oboje daliśmy radę. – Zaśmiała się Lindsay.



____
PS. Zapraszam do About! Nowe opisy bohaterów.:)
Mam nadzieję, że notka się podobała.
PS.2 Teraz na blogu świeży, wakacyjny wygląd. :)
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

I'M RIGHT WHERE I BELONG Część. 10

piątek, 6.czerwca.2008, 21:23
Odsłoniłam okna. Strumień światła wpadł do pokoju. Osunęłam się na podłogę i skryłam twarz w dłoniach. Starałam się nie wracać myślami do tamtego wieczora. Wymazać z pamięci ostatnie wydarzenia. Ale obraz roześmianej, posągowej blondynki powracał. W głowie wciąż wybrzmiewały jej słowa. Co tak naprawdę miała na myśli, nazywając mnie ‘zdobyczą Brendona’? Nie potrafiłam znieść jej pogardliwego spojrzenia. Wybiegłam stamtąd, po raz kolejny udowadniając, jak słabym i tchórzliwym jestem człowiekiem.
Usłyszałam dzwonek drzwi frontowych, a potem czyjeś głosy. Rozległo się pukanie do drzwi.
-Mogę? – Brendon nieśmiało wychylił się zza futryny.
Pośpiesznie podniosłam się z podłogi i odwróciłam w stronę okna. Słyszałam jego niepewne kroki, a potem skrzypienie łóżka. Milczeliśmy. Wpatrywałam się w spokojny ocean i ludzi mknących ulicą. Cholera, co się wydarzy za tę kilka minut?
-Dzwoniłem. – Och, gdyby miał pojęcie jak podle czułam się przy każdym odrzuconym połączeniu..
Zacisnęłam powieki.
-Lindsay, martwiłem się. – Powiedział.
-Przepraszam. – Wyszeptałam.
-Na boga, Lindsay! – Westchnął Bden.
Znalazł się tuż za mną. Nie dotykał mnie. Jego oddech był przyśpieszony i nerwowy.
-Kim jest Rebbeca? – Wyrzuciłam z siebie.
Byłam wściekła i zgorzkniała.
-Nikim. – Odburknął.
-Każdy jest dla nas kimś. Może być wrogiem, lub przyjacielem. Może być dzieckiem, lub rodzicem. – Wyliczałam.- Może być chłopakiem, albo dziewczyną… - Dodałam wystraszona.
-Ty jesteś dla mnie wszystkim. – Stwierdził.
-Brendon, daj spokój. – Miałam dość jego głupich tłumaczeń. – Zacznij traktować mnie poważnie. Nie drocz się ze mną, po prostu szczerze odpowiedz na proste pytanie.
-Rebecca to ktoś, kogo znam od dawna. Wiele o mnie wie, zna mnie jak nikt inny. – Wyznał. – Ale to tylko znajoma. Nigdy nie łączyło nas coś więcej. Nie wiem, co ona Ci wczoraj naopowiadała. Przepraszam, nie powinienem był Ciebie zostawiać samej. Ale jeśli chodzi tylko o to, to nie musisz być zazdrosna. Nic nas nie łączy i nigdy nie będzie łączyło. – Skwitował.
-Nie jestem zazdrosna. – Oburzyłam się.
-Głuptasku, przecież wiem, że jesteś. – Droczył się ze mną.
-Może odrobinę…Tak, ociupinkę. – Przyznałam mu rację. – Ale ona jest piękna, zadbana, urocza i…
-Kotku, przestań. – Przerwał Bden. – Czy ona ma coś, czego brak Tobie? Jasne, że nie! Jesteś śliczna, zabawna, jedyna w swoim rodzaju a poza tym gdybym miał wybierać między Tobą a Rebeccą to przecież wybrałbym Ciebie. Bez chwili zastanowienia. – Zapewnił. – Skarbie, uśmiechnij się.
Nie musiał mnie o to prosić. Jego słowa rozgoniły chmury znad mojej głowy.
Przysunęłam się do niego i pocałowałam. Do pokoju wsunęła się Jessica.
-Lindsay, pamiętasz może gdzie wcisnęłam mój ukochany błyszczyk? – Zapytała Jess.- Ups, przepraszam.
-Jeszcze momencik. – Poinformował ją Bden pomiędzy pocałunkami. – Już, teraz mogę Ci oddać siostrę.
Wsunęłam ręce w kieszenie i wyciągnęłam błyszczyk Jess.
-O, dzięki słońce. – Przyjaciółka szybko chwyciła kosmetyk i znikła za drzwiami.
-Nawet nie masz pojęcia, jakie to cudowne uczucie widzieć swoją przyjaciółkę szeroko uśmiechniętą i pełną energii. To równie podniecające, co udany odlot. – Stwierdziłam, spoglądając w stronę drzwi.
Brendon zmarszczył brwi.
-Odlot? – Powtórzył.
Wsunęłam dłonie w tylne kieszenie jego spodni.
-Och Brendon! Nie pomyślałeś chyba, że kiedykolwiek próbowałam brać prochy? – Zarzuciłam mu rozbawiona samym wyobrażeniem siebie przyjmującej to świństwo.
-Nie wiem, co Cię tak bawi. – Fuknął, delikatnie odtrącając moje dłonie, wędrujące wzdłuż jego pleców.
-Przepraszam. – Rzuciłam skruszona. – Brendon, od paru ładnych tygodni codziennie przeżywam kilkanaście niesamowitych odlotów. A wiesz, co jest przyczyną? Ty wariacie! – Dźgnęłam go palcem. – Rozbudzasz moje zmysły, ciało…Cudownie czuję się w Twoim towarzystwie i…
-Masz ochotę na nowo odkrywać każdy zakamarek mojej duszy, wsiąkać we mnie coraz głębiej i za każdym razem czuć coraz intensywniej mój zapach? – Dokończył. – Linds, czują dokładnie to samo, kiedy jestem przy Tobie. Wariuje, kiedy jesteś daleko.- Wyznał podniecony. – Przepraszam, że podejrzewałem Ciebie o…
-Och, zamknij się i wreszcie mnie pocałuj! – Mój ton był stanowczy, ale czuły. – Całuj mnie tak, jak chwilę temu, ale milion razy mocniej i cudowniej. Tak, jakby to był pierwszy i ostatni pocałunek. Proszę…- Szeptałam, biorąc kilkanaście szybkich oddechów, całując jego powieki, policzki.
Chłopak spełnił moją prośbę, wprowadzając nasze ciała w stan uniesienia.
Ktoś od dobrych pięciu minut dobijał się do Bdena.
-Odbierz. – Poprosiłam podirytowana.
Bear wciąż bezskutecznie siłował się z guzikiem moich dżinsów.
-Brendon! – Wrzasnęłam, chyba zbyt głośno, bo chłopak gwałtownie odsunął się na bok.
-Tak? – Brunet odebrał wściekle hałasującą komórkę. – Cholera! Kompletnie wyleciało mi to z głowy. Przepraszam. Zaraz tam będę. Dajcie mi 3 minuty. Tak, to było coś…ważnego. Jeszcze raz przepraszam. – Zakończył rozmowę. – Muszę lecieć. – Tym razem zwrócił się do mnie.
-Coś się stało? – Zapytałam zaniepokojona formą rozmowy.
-Piękna, muszę jechać do centrum na próbę. – Wyjaśnił. – Zadzwonię wieczorem. – Zapewnił i dając mi nieśmiałego buziaka na pożegnanie, zostawił mnie samą.


Nadszedł dzień, kiedy kolejna nowa brama otwierała się przede mną i Jessicą. Wakacyjna beztroska dobiegła końca. Nawet uporczywie świecące dotąd słońce schowało się za chmurami, przygnębione odejściem lata.
-Niedobrze mi. – Stwierdziłam, wsiadając do samochodu.
-Biedactwo. – Westchnął tato, marszcząc czoło. – Faktycznie wyglądasz dość blado.
No jasne! Miałam ochotę krzyczeć, kopać i drapać. Bałam się nowej szkoły. Jak cholera. Na każde wspomnienie nazwy szkoły reagowałam jak na prywatny atak w moje ego.
-Jest w porządku. – Starałam się, aby zabrzmiało to jak najbardziej przekonywująco.
Tato spojrzał na mnie z troską i po chwili milczenia odpalił samochód.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce byłam w stanie rzucić tylko krótkie pa, zmuszając się przy okazji do bladego uśmiechu. Tak naprawdę czułam się zagubiona i przerażona. Chwyciłam Jess za rękę.
-Będzie dobrze. – Powtarzała jak zaklęcie Jessica, sama nie wierząc w to, co mówi.
Grupy roześmianych nastolatków kłębiły się przed budynkiem, przekrzykując jeden drugiego.
Szybko przedarłyśmy się na sam przód i znikłyśmy we wnętrzach chłodnej budowli.
Korytarz mimo ciepłych, pomalowanych na morelę ścian wydał się jeszcze bardziej przytłaczający i smutny.
-Jess, nie mam pojęcia, co robić. – Wyznałam kompletnie przerażona.
Przyjaciółka nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ z głośników wypłynął głos dyrektora.
Przez bite 5 minut wypowiadał powolnie kilka razy te same słowa, kończąc prośbą o rozejście się do klas. Korytarz powoli pustoszał, a my wciąż tępo stałyśmy z boku, wyglądając tak, jakbyśmy za chwilę miały wybiec stąd z krzykiem.
-Mogę w czymś pomóc? – Zapytał o głowę wyższy, ciemnowłosy młody mężczyzna, z lekkim zarostem, ubrany w dopasowany garnitur i idealnie wypastowane półbuty. Purpurowy krawat niedbale zawiązany na szyi mówił, że nie jest to nauczyciel, ale też nie uczeń.
-To nasz pierwszy dzień w szkole i nie bardzo wiemy, dokąd iść. – Wyjaśniła pośpiesznie Jessica.
-Rozumiem wasz strach. Pierwszy dzień bywa stresujący. – Pocieszał nas hmm..no właśnie, kto? - Zostałyście wcześniej przydzielone do klas? – Dopytywał się.
-Tak. – Odpowiedziała kuzynka. – Ja do LD 9 a siostra do LT 7.
-Drzwi po lewej to LD 9. A LT 7 znajduje się w drugim skrzydle. Zaprowadzę Cię tam. – Wyraźnie zwracał się do mnie.
-Bądź dzielna. – Szepnęła Jessie, po czym weszła do swojej klasy.
-Chodźmy. – Powiedział.
Szliśmy wzdłuż tego cholernego korytarza. Obserwowałam jego ruchy.
-Nazywam się Nick Cape. Uczę tu w-fu. – Przedstawił się chłopak.
-Lindsay Thomas. – Powiedziałam.
-To tutaj. – Poinformował mnie. – Powodzenia.
Spojrzałam na tabliczkę wiszącą na drzwiach. Jess, nie potrafiłam być dzielna. Cała moja odwaga uleciała teraz wraz z otwarciem zielonych drzwi.
Wsunęłam się do środka. Kilkanaście par oczu wlepiło we mnie wzrok. Zajęłam wolne miejsce obok roześmianej murzynki i wbiłam wzrok w nauczycielkę.
Nie rozglądałam się po klasie. Starałam się być skupiona, spoglądając co kilkanaście minut na zegarek, odliczający czas do końca tych piekielnych zajęć. Byle do przerwy.
Podczas pory lunchu postanowiłam odszukać Jess. Mijałam różne osoby. Okularników zaczytanych w szkolnej lekturze, metali, umięśnionych chłopców z drużyny, tłum różowych panienek podążających za footbolistami i grupę modnie ubranych dziewcząt, przyglądających mi się z obojętnością. Czułam, że nie jestem w swoim świecie i stąpam po coraz bardziej kruchym lodzie. Setki obcych mi osób uznała za niezwykle zabawny fakt, że jestem tu nowa.
Zastanawiałam się, czy mogę liczyć na jakieś przyjaźnie. Spojrzałam w stronę dziewczyn, stojących odrobinę z boku. Wizja rozmów z nimi budziła we mnie popłoch, a moja nieśmiałość nie ułatwiała sprawy.
-Hej kochanie! – Jess dosłownie na mnie wpadła. – I jak?





-Nawet nie masz pojęcia, jak okropnie dziś się czułam! – Żaliłam się leżąc obok swojego chłopaka.
Brendon gładził delikatnie moje rozpalone policzki.
-Nie mogło być przecież tak źle. – Starał się mnie rozpogodzić. – Poznałaś kogoś ciekawego?
-Hmm…Z nikim nie zamieniłam nawet zdania. Ale nie! Właściwie to tak! Poznałam swojego nauczyciela w-fu. Nie uwierzysz, ale w pierwszej chwili myślałam, że to jeden z uczniów. – Paplałam jak najęta.
-O, widzę, że przypadł Ci do gustu nowy nauczyciel. – Stwierdził z ironią Bden.
-Proszę, nie zaczynaj. – Wiedziałam, że Brendon był gotowy obrócić rozmowę w ten sposób, że moje tłumaczenia nie zdałby by się na nic.
Umilkliśmy.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na podłodze leżała zwinięta w rulonik i owiązana kokardką kartka. Wczytałam się w bazgroły zapisane cudownym, pochyłym pismem.
-Co to? – Zapytałam, wskazując na kawałek papieru.
-Kurczę, Lindsay! – Wkurzył się Bden. – To miała być dla Ciebie niespodzianka na naszą rocznicę. – Wyjaśnił. – Napisałem tę piosenkę tego samego wieczora, kiedy wybiegłaś z urodzin Ryana.
-Zaśpiewaj ją dla mnie. – Wyszeptałam, czując jak serce przyspiesza swoje bicie.
Bden nie wyglądał na przekonanego.
-Proszę. – Musnęłam jego wargi.
Brendon chwycił gitarę. Jego twarz oświetlało światło księżyca. Usiadłam na podłodze.

-People tell me, you stay where you belong
But all my life I've tried
To prove them wrong
They say I'm looking for
Something that can't be found
They say I'm missing out
If my feet don't touch the ground

But there are moments
When you can't deny what's true
Just an ordinary day
Like when I met you

It's funny how life can take new meaning
You came and changed what I believe in
The world on the outside is trying to pull me in
But they can't touch me
'Cause I got you
I got you, oh yeah

I want to thank you
For all of the things you've done
And most for choosing me
To be the one

It's funny how life can take new meaning
You came and changed what I believe in
The world on the outside is trying to pull me in
But they can't touch me
'Cause I got you

And it hits me when I reach for you
That I'm afraid you won't be there
Maybe I am in too deep
But I don't care

I’m right where I belong
I got you
Yeah
I want to prove them wrong
I've got you yeah
You can't deny what's true no
They can't touch me, yeah yeah

I got you
I got you
I got you baby

You can't deny what's true
No, they can't touch me
'Cause I… got you.

*


Oboje płakaliśmy.



_________
Dobra, uwierzcie mi, trudno mi było pisać tę notkę i wiem, że spieprzona, ale trudno mi było nie zaangażować się emocjonalnie zwłaszcza w tą ostatnią scenę.
:*
*oczywiście piosenki nie napisał Bden xD

Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Sielankowe tygodnie przynosiły nowe wydarzenia, wplecione w scenariusz komedii romantycznej. Szczęście, niesamowita energia i chęć złapania ulotnych marzeń dodawały mi skrzydeł, dziwnej mocy, która była w stanie pokonać siły grawitacji.
Żyłam od spotkania do spotkania. Od zdania, do zdania. Od gestu do niewypowiedzianego Kocham. Straciłam chęć spoglądania wstecz, rozliczania się z życiem z Melbourne. To była przeszłość – przeszłość nie warta żalu. Oszalałam na jego punkcie! Oszałamiały mnie jego pocałunki, dotyk. Jak po spożyciu solidnej dawki morfiny, odlatywałam w dziwną przestrzeń, do której on dostał klucz. Spoglądałam na chwilę temu wywołaną fotografię. Dziewczyna w objęciach uśmiechniętego bruneta była mi obca. Roześmiana, pełna marzeń, spoglądała na niego jak na ulotne niebo. Czy to mogłam być ja?
-Brendon, czy to ma sens? – Zapytałam.
-Nie rozumiem…- Przyznał zdezorientowany.
-Czy to wszystko ma szansę przetrwać? Ja, Ty? Razem? Czy to jest możliwe? Dwa światy, dwa bieguny. Idol i jego fanka. – Tłumaczyłam gorączkowo. – Zrozum, boję się, że jutro obudzę się z tego snu i jedynie ta fotografia w ręku będzie mi przypominać o nas…O tym, co nas łączyło.
Brendon uśmiechnął się i objął moje wargi, pieszcząc je delikatnie i czule swoimi ustami. Na policzki opadały łzy, sunąc w dół i pozostawiając ślady na chodniku.
-Jestem tylko człowiekiem. Nie wiem, czy jutro nadal będę na szczycie. Nie mam pojęcia, czy jutro będzie takie, jak dziś. Nie potrafię Ci obiecać niczego, poza tym, co mam. Wiem, że jesteś i że to wystarczy, bym czuł się szczęśliwy. Uwielbiam Twój zapach, głos. Kocham Cię Lindsay. Jeszcze parę dni temu nie byłem tego pewny, ale teraz już czuję to całym sobą. Kocham Cię. – Wyszeptał, całując co chwila moje policzki, próbując spić z nich łzy.
Chwycił mnie za rękę i pociągnął na drugą stronę ulicy. Czułam się wolna i bezpieczna.
Zatrzymaliśmy się na schodach niewielkiej, pstrokato przystrojonej kapliczki.
-Weźmy ślub. – Rzucił Bden.
-Oszalałeś? – Zapiszczałam podekscytowana. – Brendon, to nie jest zabawa.
-Ale ja Cię kocham… - Stwierdził z wyrzutem.
-Ja Ciebie też…Ale zrozum, to nie może być od tak. Znasz mnie zaledwie od miesiąca…Poczekajmy z tym. – Powiedziałam.
Ruszyliśmy w dół ulicy, co chwila skradając sobie nawzajem pocałunki.
Dotarliśmy pod dom. Brendon zaprosił mnie do siebie. Przemknęliśmy na tył domu.
Wśród kamiennego murku ocienionego pistacjami zauważyłam Jessicę i Ryana.
Ryan siedział w powycieranej koszuli, z czołem owiniętym przemyślną chustą, grając na gitarze i nucąc coś, spoglądając co chwila na Jess. Przyjaciółka stała oparta o marmurową kolumnę, ubrana w białą, zwiewną sukienkę, przypominała mi teraz grecką boginię. Jej złote włosy opadały na ramiona, delikatnie tańczyły poruszane przez wiatr. Jessie była eteryczna i zjawiskowa. Wydawało się, że w każdym momencie może zniknąć, rozpłynąć się, tak delikatna. Usiadła u stóp Ryana i położyła głowę na jego kolanach. Chłopak odłożył instrument i podał jej rękę. Tańczyli, wirowali jak dwa obłoki, śmiejąc się i tuląc do siebie. Dostrzegli nas i przywołali ruchem ręki.
-Ekhem, czy chcielibyście coś na powiedzieć? – Rzucił Ryan.
-Mianowicie? – Zapytał Bden.
-Głupku, jak długo zamierzaliście ukrywać się z tym, że jesteście ze sobą?! Jestem po prostu oburzony. Brak mi słów Brendon. Po tylu wspólnie przeżytych…nocach, nie jesteś w stanie nawet mi tego powiedzieć?
Urie autentycznie się zmieszał. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że padł ofiarą żartu Rossa.
-Zgnijesz kiedyś. Zobaczysz. – Pogroził mu Brendon. – Widzę, że nic tu po nas. Zabieram moją dziewczynę na zakupy. Buźka Jess. Powodzenia w oswajaniu Ryana.
-Hej, poczekajcie! Jadę z wami. – Zawołała Jess.
-Zostawiasz mnie samego? – Zasmucił się Ryan.
-Nie marudź kochanie. Jedziesz z nami. – Stwierdziła, więc po chwili dwie pary usadowiły się w purpurowym mini vanie.
Brendon włączył radio. Po raz kolejny czułam się szczęśliwa. Jessica chyba też.
Okrążyliśmy centrum kilka razy. Jak na złość nie było miejsca na zaparkowanie. Poirytowany Brendon wyrzucił nas przed wejściem, a sam postanowił zjechać na parking podziemny i tam poszukać wolnego miejsca. Samotnie poczłapaliśmy do środka.
Ryan chwycił Jess za rękę. Snułam się kilka kroków za nimi, powłócząc nogami. Dołączył Bear. Objął mnie delikatnie ramieniem. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by prowadził mnie przy sobie, idąc równym krokiem.
-Wiesz, że Ross ma niedługo urodziny? – Rzucił wyraźnie tym faktem rozbawiony.
-Planujecie coś szczególnego? – Spytałam.
-Nie mam gotowego planu na wszystko, ale niedługo dopracujemy szczegóły z chłopakami. – Odpowiedział Bden. – Zawsze zrzucamy się na prezent dla niego, ale pomyślałem, że może kupię mu tym razem coś ode mnie i od Ciebie, coś wspólnego. – Stwierdził. – Oczywiście, jeśli się zgadzasz. – Dodał pośpiesznie.
-Pewnie, że tak. – Rzuciłam. – A wiesz, z czego ucieszyłby się Ryan?
-Tak naprawdę myślałem, że Ty mi podsuniesz jakiś pomysł, bo sam mam z tym spory kłopot. – Wyznał.
Przystanęłam na chwilę. Brendon skupił się na przeczytaniu całego plakatu wiszącego na szybie Diesel’a. Cmoknęłam.
-Odkryłam ostatnio genialny sklep. – Rzuciłam. – Może tam coś znajdziemy.
Brunet uniósł brew i przez chwilę patrzył na mnie rozbawiony.
-Coś nie tak? – Zapytałam.
-Tak. Zakochałem się w Tobie.. – Wyszeptał, muskając delikatnie moją zewnętrzną stronę ucha.
Oh.
Pociągnęłam go za rękę i powoli zaczęliśmy przeciskać się między ławkami, stoiskami i ludźmi. Wjechaliśmy ruchomymi schodami na pierwsze piętro i dotarliśmy na miejsce. Tuż przy końcu zwężenia korytarza znikliśmy w drzwiach sklepu muzycznego. Masywne regały wypiętrzyły się przed nami jak niespodziewana góra lodowa. Na ceglanych ścianach pozawieszane były lampy, rzucające słabe światło na pozawieszane plakaty z koncertów The Who, U2, Presleya i wielu innych zespołów, w niektórych miejscach wydawały się już nieźle zniszczone i nadszarpnięte zębem czasu. Zapach imbiru wypełniał całe pomieszczenie. Jakiś staruszek siedział przy stoliku na tyłach i palił cygaro, wypuszczając miarowo kłęby dymu. Brendon wydawał się być oczarowany. Przechodził między półkami i regałami podniecony, dotykał okładek starych albumów winylowych i przerzucał je z niesamowitym namaszczeniem. W pewnym momencie wydawało mi się, że pisnął. Przystanęłam, by obejrzeć obiekt zainteresowania ukochanego.
-„461 Ocean Boulevard” Claptona! Oryginalne wydanie! To ze złotej serii. Ryan od roku tego szukał. – Stwierdził podekscytowany Brendon.- Kochanie, to będzie świetny prezent. Cieszę się, że mi pokazałaś to miejsce. – Powiedział, obdarzając mnie szerokim uśmiechem.
Brendon złapał jeszcze w pośpiechu nową płytę Jamiroquai dla siebie i po zapłaceniu niewyobrażalnie dużej sumy z żalem opuściliśmy ten magiczny muzyczny zakątek.
-Chodź, zabiorę Cię na duże lody. – Zaproponował Brendon.
Zaszyliśmy się w małej, przytulnej kawiarence.
-Jessica i Ryan mają być dopiero za 20 minut, więc spokojnie możemy pogawędzić. – Rzucił, przyglądając się temu, jak jem lody.
-Chcesz spróbować? – Zapytałam, nakładając na łyżkę odrobinę lodów pistacjowych, oblanych musem kokosowym.
Bden nachylił się w moją stronę i rozchylił delikatnie usta. Wsunęłam mu odrobinę do buzi. Zachichotałam.
-Ubrudziłem się? – Zapytał zmieszany.
-Odrobinkę. – Przyznałam, podając mu serwetkę.
Umilkliśmy. Było dość głośno, a z chwili na chwilę lokal pęczniał w szwach. Kilka osób prosiło o autograf. Grupa dziewczyn w moim wieku spoglądała landrynkowym wzrokiem na Brendona, popiskując jedna przez drugą. Chłopak chwycił mnie za rękę i delikatnie uścisnął.
-Wiesz, czasami wydaje mi się, że jesteś gdzieś daleko. – Podchwycił Bden. – Jesteś tuż obok mnie, ale masz nieobecny wzrok. Czy coś jest nie tak? Masz jakiś problem?
Spojrzałam na jego dłonie. Jego palce wiły się miękko wokół moich rąk. Brendon, chciałabym znać odpowiedź na to pytanie, ale nie mam jej teraz. Musisz poczekać.
-Wszystko w porządku. – Odpowiedziałam nerwowo.
Nie uwierzył mi, a ja sama sobie nie wierzyłam. Nie pytał o nic więcej.
Ryan i Jessica dosiedli się do nas po kilkunastu minutach. Opowiedzieli o zabawnej sytuacji w jednym ze sklepów, prześcigając jedno drugie w informacjach. Siedziałam w milczeniu i co jakiś czas siliłam się na uśmiech. Bden gawędził o czymś z Ryanem, co jakiś czas podpytując Jessicę o jakieś szczegóły. Zdałam sobie sprawę, że zachowuję się okropnie. Okropnie dziwacznie. Byłam szczęśliwa, ale z drugiej strony wydawało mi się to jedynie snem, w którym trwam, odrobinę osowiała i sztuczna. Miałam ochotę dać sobie twarz za tak beznadziejne zachowanie.
Wróciliśmy do domu. Ryan i Jessica szybko znikli gdzieś wśród drzew, a Brendon zaprosił mnie do środka. Po raz drugi byłam w jego pokoju. Usiadłam na podłodze i zaczekałam na swojego chłopaka, który poszedł wziąć prysznic. Podniosłam jego amarantową koszulę i przyłożyłam ją do siebie, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Odłożyłam ciuch na miejsce, a sama przyjrzałam się zdjęciom wiszącym nad łóżkiem. Przedszkole, koniec liceum, pierwsze koncerty z zespołem i kilka zdjęć z blondynką, której nie kojarzyłam. Odrobinę zazdrosna podeszłam do okna i otworzyłam je, wpuszczając do środka odrobinę powietrza z nad oceanu.
-Pamiętasz pierwszą wizytę w moim pokoju? – Zapytał, wchodząc do pokoju.
Odwróciłam twarz. Mokre włosy opadały na twarz, a Brendon niedbale narzucił koszulę i uśmiechnął się do mnie. Och, jednym swym uśmiechem sprawiał, że należałam całkowicie do niego.
-Tak. Skończyło się to wtedy głupio. – Przypomniałam.
W głowie próbowałam obmyślić plan, w jaki sposób zapytać, kim jest dziewczyna ze zdjęć.
-Chodź tu do mnie. – Wyszeptał, wyciągając zachęcająco rękę przed siebie.
Chwycił moje dłonie i zaczął kołysać nimi w rytm muzyki, która nie wiedziałam nawet kiedy zaczęła sączyć się z głośników.
-Little darlin' don't you see the sun is shining, just for you, only today. If you hurry you can get a ray on you, come with me, just to play…- Zaśpiewał cicho, lekko poruszając moimi biodrami.
-Brendon, kim jest ta dziewczyna? – Wskazałam na zdjęcia.
Chłopak nadal delikatnie trzymał moje nadgarstki i wirował wokół mnie.
-Powiesz mi? – Dopytywałam się, zniecierpliwiona brakiem odpowiedzi.
-Już dawno powinienem był ściągnąć te zdjęcia i wyrzucić. – Przyznał, nie przestając całować mojej szyi.
Bałam się pytać o więcej. Chciałam uwierzyć, że to tylko ktoś z przeszłości. Chciałam uwierzyć, że to przeszłość zamknięta w swoim wymiarze.
-Zostaniesz na noc? – Zapytał, patrząc mi w oczy.
Było ciemno, a w świetle księżyca widziałam tylko dziwny uśmieszek.
-Nie powinnam. – Stwierdziłam.
-A chcesz zostać? – Jego ton wydał się nieco chłodny.
Nie odpowiedziałam.
-Chciałbym po prostu zasnąć i zbudzić się u Twojego boku. Nie miej takich wystraszonych oczu. Kocham Cię. Nie zrobię niczego, na co mi nie pozwolisz. – Wyszeptał.
Zadrżałam. Powróciło wspomnienie Rusta. Jego kłamstwa. Naiwne zapewnienia.
Ale przede mną nie stał Rust. To był Brendon.
-Dobrze. – Zgodziłam się.
Napisałam smsa do Jess z wyjaśnieniami.
Bden usiadł na brzegu łóżka. Usiadłam na jego kolanach i zarzuciłam ręce na jego ramionach.
Całowaliśmy się. Brendon wsunął swoją rękę pod bluzkę, a potem pod stanik. Bawiłam się jego włosami, całowałam jego twarz. Przegadaliśmy całą noc.

Tydzień później Ryan obchodził swoje urodziny. Urządziliśmy mu imprezę - niespodziankę, zaprosiliśmy jego przyjaciół. Cudownie było widzieć jego minę, kiedy otworzył prezent ode mnie i Brendona.
-Jesteście niesamowici! Dzięki. – Skwitował szczęśliwy jubilat.
W połowie imprezy Ryan znikł gdzieś razem z Jessicą, a ja sama przyglądałam się ludziom, z których praktycznie połowy nie znałam.
-Proszę, Twój drink. – Bden pojawił się tuż za moimi plecami.
-Dzięki. – Krzyknęłam, próbując przekrzyczeć muzykę.
Poszliśmy do jego pokoju. Zostawił mnie tam na chwilę samą. Ktoś wsunął się do pokoju. Światło słabo oświetlało kobiecą sylwetkę. Rozbłysło światło. Słychać było dźwięk tłuczonego szkła. Kilka kroków przede mną stała dziewczyna ze zdjęć.
-Proszę, Urie zaczyna od coraz młodszych. – Wysyczała. – Przepraszam, że się nie przedstawiłam. Rebecca.
Poczułam, jak fala zimna oblewa moje ciało…




_____
Dziwnie. Bez koncepcji. Wściekła jestem.
Ale za wiarę we mnie dziękuję Pauli.:*
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

All was golden in the sky... Część 8

niedziela, 11.maja.2008, 16:40
Wreszcie wolny, leniwy dzień. Bez nacisku. Tylko ja i moje cztery litery, no plus mój dobry kolega. Zagnieździłem się w najodleglejszym od tych morusów kącie pokoju i nasunąłem na nos szkła. Rzuciłem okiem na półkę z książkami od Andy’ego. Za wszelką cenę, Na szlaku terroru. O czym to wspominał ostatnio Andy? A już mam! Cyfrowa twierdza! Zabrałem się za czytanie. Z transu wyrwało mnie przyjemne wibrowanie w kieszeni spodni.
Za 3 minuty na placu zabaw za rogiem. Całusy, Jessica.
Hmm…Ciekawe o co chodzi? Dziwnie spokojny odłożyłem lekturę na podłogę i wygramoliłem się spod sterty czytadeł. W korytarzu minąłem rozmawiającego przez telefon Jona, uśmiechnąłem się do niego porozumiewawczo i zniknąłem w drzwiach wyjściowych. Rozejrzałem się dookoła i na wszelki wypadek nasunąłem ciemne okulary.
Usiadłem na huśtawce obok Jessiki.
-Hej. – Przywitałem sąsiadkę.
-Brendon, wyświadczyłbyś mi małą przysługę? – Zapytała, praktycznie bezdźwięcznie.
Podniecony tajemniczością sytuacji również ściszyłem głos.
-A jak mała jest ta przysługa? – Wyszeptałem.
-Dziś wieczór. Randka z Rossem. Ja i On. – Jess próbowała rzucić mi światło na jej plan.
-Genialnie, tylko…Co ja mam z tym wspólnego? – Zapytałem nieco zbity z tropu.
-Masz udawać, że Ci na mnie zależy. Tak, żeby wzbudzić zazdrość Ryana. Ja chcę wybadać, czy mu na mnie zależy, czy nie. Zgadzasz się? – Zapytała.
-Ale Jessico, ja…- Próbowałem wytłumaczyć zajścia ostatnich dni.
-Nie ma żadnego ale…Brendon, tak czy nie? – Naciskała.
-W porządku. – Wydusiłem.
Jessica uściskała mi dłoń i rzuciła coś o wzajemnej pomocy, a potem znikła za wysokim żywopłotem. A więc Lindsay nie mówiła o nas nawet Jess…Zgodnie z umową. Mam nadzieję, że moje dzisiejsze „granie roli” nie wpłynie jakoś niekorzystnie na nasz związek…


*
Spojrzałam błagalnie na mamę. Stała nieugięta, tak pewna siebie. Niepisany zwycięzca. Więc cóż, zaprzestałam próśb i poczłapałam do sklepu z zdrową żywnością. Odrzuciłam z czoła spocony kosmyk. Słońce jak na złość przygrzewało coraz bardziej, a ja z roztargnienia wybrałam najmniej zadrzewioną trasę do sklepu.
Zamknęłam na chwilę oczy. Coś świsnęło mi przed nosem.
-Lindsay, uważaj! – Krzyknął przerażony Ryan i chwycił mnie z powrotem na chodnik.- Wszystko w porządku? – Zapytał zatroskany.
Uśmiechnęłam się niemrawo i pokiwałam głową.
-Chodź tutaj. – Poprosił, wskazując murek pod akacją.
-Chodzi o to wgniecenie w płocie? Kazałam już przeprosić Matthew. A tato rzuci kasą na odnowienie do stanu użytku. – Wymamrotałam, nadal odrobinę nabąduczona na Matkę Naturę.
-Ach, ten płot…Nie, chodzi mi o coś zupełnie innego. – Zaznaczył. – Słuchaj uważnie…

*
Nadszedł wieczór. Miasto zaczęło leniwie przeciągać się, próbując odpocząć od hałasu za dnia. Zwolniono tętno. Narzuciłam błękitną koszulę, dżinsy i byłam gotowa. Przeczesałam jeszcze włosy i zeszłam na dół. Jess od kilku godzin biegała między łazienką a pokojem, przewracając wszystko do góry nogami. Przyglądałam jej się z pewną satysfakcją. Była niczego nieświadoma, a tego wieczora ja miałam uchodzić za kusicielkę. Zabawna sytuacja.
-Nie powinnaś już iść? – Rzuciłam w kierunku schodów.
-Już schodzę. – odburknęła.
Po pięciu minutach przyszedł Ryan. Wyglądał jak to on, elegancko ale zarazem jak takie…dziecko kwiat. Wybuchowa mieszanka. Po 10 minutach wyszli. Więc co…Show must go on!
Zgodnie z ustaleniami miałam się pojawić tam pół godziny po ich wyjściu. Czas mijał dość szybko więc po chwili wyszłam już do klubu na Santa Ana.
Wolnym krokiem poczłapałam w tamtym kierunku. Byłam tu z Brendonem. Przyjemne miejsce. Weszłam na salę. Rozejrzałam się. Siedzieli przy oknie. Usiadłam w takim miejscu, by być chwilowo niezauważalna. Zamówili coś. To znak dla mnie. Przesuwałam się w tamtą stronę. Zauważyłam Brendona. Zraz, co?! Brendona? Co on do Jasnej Anielki tu robi? No nic, więcej działania, mniej myślenia.
Urie też mnie zauważył. Chwilę przystanął. Po otrząśnięci się z lekkiego zonka ruszył do stolika naszej pary.
-Cześć. Nie przeszkadzam? – Zapytałam pierwsza.
Jessica chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją Ryana.
-Ależ skąd! Siadaj. – powiedział.
-O, widzę, że jest nas trochę więcej. – Stwierdził Brendon, siadając obok mnie.
Ups. Tyle wyczytałam z twarzy Ryana. Zjedliśmy, co chwila rzucając jakieś uwagi na temat innych gości tłumu. Puścili muzykę. Parkiet się zapełnił.
Spojrzałam na Ryana.
-Mogę piękną panią prosić do tańca? – Zapytał.
-Z przyjemnością. – Przyznałam.
Posunęliśmy na parkiet.
-Sprawy się pokomplikowały. – Zamruczał Ryan.- Cały plan by szlag trafił.
-Nie do końca. – Wyszeptałam i wtuliłam się w Rossa, lekko zaskoczonego.
Po chwili graliśmy już w tej samej grze. Ryan położył zdecydowanie dłonie na moim tyłku, a ja starałam się jak najczęściej ocierać seksownie o jego krocze.
Obok nas na parkiecie natychmiast pojawili się nasi towarzysze. Brendon zmroził mnie wzrokiem. Szybko zaczęli wspólnie z Jess wkręcać się w naszą grę. I tutaj byli ponad nami. Jess umiała uwodzić jak nikt. Czasami nawet odnosiłam wrażenie, że Brendon poddał się jej urokowi. Kręciła biodrami, miękko schodząc w dół, a Brendon gładził jej ramiona, uda. Byli rozgrzani. Wszyscy na parkiecie patrzyli na nich, a ich taniec hipnotyzował i iskrzył. Rozgrywka przeszła na najwyższy, końcowy poziom. Spojrzałam na Brendona i uśmiechnęłam się do niego lekceważąco.
-Ryan, nie mamy wyboru…- Wyszeptałam i wbiłam się w usta gitarzysty. Podświadomie czułam, jak Jessie i Brendonowi opada kopara. Oderwałam się od Ryana, który wydawał się teraz lekko zamroczony. Nie było ich.
-Lindsay, chyba wszystko się spieprzyło… - Stwierdził Ryan.
Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą. Wybiegliśmy przed klub. Było ciemno.
Dostrzegłam dwie sylwetki biegnące plażą.
-Tam! – Wskazałam Ryanowi kierunek.
Dogoniliśmy ich.
-Brendon, Jess! – Krzyczałam.
-Odpieprzcie się, cholerni przyjaciele. – Krzyknęła Jess.
-Dajcie nam to wytłumaczyć! – próbował grać na czas Ryan, przyspieszając.
Poskutkowało.
-Co chcecie jeszcze powiedzieć? Ha? Umówiłam się na randkę a okazuje się ona koszmarem! Jakimś totalnym nieporozumieniem…- Wyrywała się Jessica.
Jej krzyk…Nie był pełen gniewu. Był słaby, zachwiany. Płakała.
Podeszłam do niej i utuliłam w ramionach.
-Przykro mi…- Wyszeptałam.
-Przykro Ci? Nie Lindsay, to mi jest przykro! – Łkała.
Starałam się szukać oparcia w Ryanie, ale on stał na brzegu i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w księżyc.
-To nie tak, jak może się wydawać…Ryan, poprosił mnie, żebym udawała dzisiaj zainteresowanie nim, tak, żeby wzbudzić Twoją zazdrość i dać mu znak, że jesteś na serio zainteresowana…Ale zjawił się Brendon…I plan uległ diametralnym zmianom. – Wytłumaczyłam skruszona.
Jess spojrzała na mnie i…zwyczajnie roześmiała się. Skołowana spojrzałam na Brendona. On też nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Co jest?
-Ryan dupku, chodź tu. – Rzuciła Jessica.
Chłopak niechętnie przysunął się do Jess, przygotowany na najgorsze.
-Chyba powinnam Ci powiedzieć to już teraz, zanim będzie za późno. – Stwierdziła Jess. – Wielkie nieba Ryan! Kocham Cię! – Wyszeptała.
Spoglądałam z uśmiechem na ten obrazek. Cudowny obrazek. Jessica splotła dłonie na karku Ryana i zaczęła muskać jego usta, powieki, z nieopisanym szałem. Oboje byli siebie spragnieni. Ryan chwycił przyjaciółkę w pasie i zakręcił wokół osi. Byli szczęśliwi.
-Kocham Cię! – Wykrzyczał i wbił się ponownie w usta Jess, gładząc przy tym jej ramiona, szyję, dekolt…
Zdałam sobie sprawę, że wszystko pokryło się mgłą. Zerknęłam na Brendona. Nie było go. Szedł samotnie plażą. Nabrałam powietrza i postanowiłam go dogonić.
Dłuższą chwilę szli w milczeniu.
-Poczekaj…- powiedziałam.
Brendon spełnił moją prośbę.
-Tobie chyba też jestem winna przeprosiny. – Przyznałam.
-Nie jestem zabawką Lindsay. – Wykrztusił Bden, patrząc na mnie bystro.
Zbierałam słowa w kupę.
-Przepraszam. – Wyszeptałam i ruszyłam przed siebie, ocierając ukradkiem łzy.
Po chwili poczułam jego dłonie na swojej talii. Odwróciłam twarz w jego stronę.
Otarł łzy z moich policzków i przyłożył swoją twarz do mojej. Musnęłam jego powieki.
Położyliśmy się na ciepłym piasku i obdarowywaliśmy się pocałunkami. Drżałam, kiedy mnie dotykał. Delikatnie rozpiął moją koszulę i muskał mój dekolt.
Czas mijał. Było nam dobrze. Patrzyliśmy na nasz wspólny kawałek nieba, wtuleni w siebie, splecieni i bliscy sobie. Zza horyzontu delikatnie wychylało się słońce.
-When the moon fell in love with the sun.. All was golden in the sky, all was golden when the day met the night… - Zanucił Brendon i delikatnie objął mnie w pasie…


_______
Wybaczcie, jeśli słabo.
:*
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Wybaczcie, że tak długo nie było nowej notki. I wybaczcie, że nie komentowałam tego, co wy napisałyście. Ale ze względu na problemy osobiste, nie byłam w stanie. Na osłodzenia dodaję nową notkę i obiecuję wszystko skomentować, bez wyjątku.
:*



Energicznym ruchem wyrzuciłam przez okno histerycznie brzęczący budzik. Opadłam z powrotem na łóżko, długo przyglądając się białemu skrawkowi ściany na suficie. Brendon. Zadrżałam. Nie wiem, czy na wspomnienie przemoczonych ubrań, które nieprzyjemnie kleiły się do ciała, czy też…Czy on mi się podoba? Może. Być może mogłabym z nim stworzyć udany związek. Być może byłoby nam ze sobą dobrze. Być może przysłoniłby mi cały świat. Przypuszczenia, założenia…Czyli nic. Aż nadto kolorowe marzenia. Świat byłby szalony.
Przymknęłam powieki. Otaczała mnie ciemność, i jedyną rzeczą, która była moim światem był…odgłos kosiarki i zapach Brendona. Poranki to chyba nie najlepszy moment na fascynacje, zwłaszcza kiedy tak wzniosła chwila dla dziewczyny, jak ja, zakłócana jest tak prymitywnym odgłosem kosiarki! Spojrzałam na łóżko obok. W dość podobnej, nawet identycznej pozycji ujrzałam Jessie. Jej myśli, marzenia musiały być teraz cudne. Widziałam uśmiech, coraz bardziej niesamowity, pewnie na wspomnienie jakiejś chwili. A potem delikatny ruch palca, złożony na wargach. Wspomnienie cudownego pocałunku.
Że, czego? Pocałunku?!
-Jess! – Sturlałam się na podłogę i podpełzłam pod łóżko kuzynki.
-Hmm? – Zamruczała, nadal tkwiąc w świecie marzeń.
-Skarbie, opowiesz mi o wczorajszym wieczorze? Coś się stało? Właściwie…Gdzie byłaś przez prawie cały wieczór? Zamieniam się w słuch…- Wyrzuciłam w siebie.
Jessica spojrzała na mnie z uśmiechem i czymś, czego nie potrafiłam określić. Tajemnicą, która zdawała się przyjemnie pieścić jej serce. Czekałam.
-Myślisz, że potrafiłabym się w kimś zakochać?- Zapytała.
-Nie rozumiem. – Przyznałam.
-Ehh wariacie, tak na poważnie…- Wytłumaczyła.
Spojrzałam na nią i niechętnie przygryzłam wargi, próbując powstrzymać się od panicznego śmiechu. Jess spojrzała na mnie podirytowana. Wybuchłam. Przykryłam głowę prześcieradłem. Dobre parę chwili psychodelicznie śmiałam się w głos. Wyjrzałam spod pościeli. Jessica patrzyła na mnie zniesmaczona i…Tak, zachowałam się krótko mówiąc głupio.
-Jessie, pamiętasz swoje słowa? Te, kiedy mówiłaś o tym, ze faceci potrzebują Ciebie, nie ty ich. Opierałaś się każdemu związkowi, który mógł trwać ponad dwa dni. Od zawsze powtarzałaś, że potrzebujesz swobody, braku ograniczeń. A związek…Poważny związek to coś, co jest tak jakby umową, obustronnym zaufaniem, wiernością. To coś, co łączy, co zobowiązuję. I to przede wszystkim miłość. Wzajemna potrzeba. – Stwierdziłam.
Jess wsunęła dłonie jak najdalej w kieszenie.
-Czy miłość…Czy to, o czym mówisz jest trudne? – Zapytała.
Nie umiałam jej odpowiedzieć. Kiedyś kogoś kochałam. I wydawało mi się, że świat ogranicza się tylko do tej osoby. Ale miłość…Nie każda jest prawdziwa.
-Kochanie, nie wiem. – odpowiedziałam. – Jeśli kochasz, to życie wydaje się o wiele łatwiejsze. Bo dzielisz i smutek i radość na dwa. – Skwitowałam.
-To chyba piękne. – Westchnęła.
Ta rozmowa była dość dziwna.
-Lindsay, wczoraj wieczorem…Całowałam się z Ryanem. To było niesamowite. Ale boję się, że to było tylko jednorazowe. Boję się, że to było też z mojej strony nic wielkiego. – Wyznała.
Widziałam, że mimo obecnej niepewności uśmiecha się i gdzieś tam w środku ogromnie cieszy się z takiego obiegu sprawy.
-Ummm…- Zamruczałam. – Chyba Twoje szczęście tutaj zaczyna rozrastać się tak szybko i pewnie jak wszechświat. Kochanie, to cudowne. Jestem z Tobą…Ale, do diaska, zamiast milczeć mogłabyś mi poopowiadać jak, gdzie, dlaczego?
-Wczoraj byliśmy…


Spakowaliśmy wszystko, co konieczne i wsunęliśmy się do zamówionego busa. Czasami żałowałem, że zamiast w LA nie mieszkamy w NY, gdzie lato nie byłoby tak obłędnie gorące. Dopiero po kilku minutach sterczenia w klimatyzowanym pojeździe dało się wytrzymać. Poluźniłem zawiązany przez dziewczynę Jona krawat, nasunąłem swoje big fave okulary i usadowiłem się wygodnie, tak, aby móc wciąż bezczelnie wpatrywać się w falujące, jędrne piersi Marishy. Kochałem lato w LA, bo wtedy spod sweterków koleżanek wyłaniały się cudowne kobiece piersi. A trzeba było przyznać, dziewczyna Jona była posiadaczką dwóch cudownych bułeczek. Mimowolnie pomyślałem, że Lindsay ma jednak ładniejsze niż Marisha, a co więcej, to nimi chciałbym się zabawić bardziej niż jej. Jak się tylko uda. Oby to stało się szybko… Dojechaliśmy na miejsce. Budynek prezentował się naprawdę imponująco. Pozwoliłem reszcie powlec się przede mną, a sam czmychnąłem tylnim wejściem. Dotarłem do naszej garderoby Wybrałem numer Linds.
-Taaa? – usłyszałem głos po drugiej stronie słuchawki.
-To ja, Brendon. – Powiedziałem.
-Aha. Coś się stało? – Zapytała.
-Niee…Nie, nic się nie stało. Chciałem tylko zadzwonić, tzn. zaprosić Ciebie na ra… tzn. na spotkanie, wiesz, żeby się lepiej poznać…Sama rozumiesz. – Pomotałem.
-Yhym…No okey. Może być jutro? – Zaproponowała.
-W porządku. To…Do jutra. Papa. – Pożegnałem się.
-Pa.- Koniec rozmowy.
Podskoczyłem do góry, krzycząc triumfalnie. -GIT!!!.
-Obwieś, slow down, zaraz mamy występ! – Usłyszałem głos Ryana.
-Jutro mam randkę! Jutro mam randkę! – Wykrzyczałem mu do ucha.
-Z kim? – Zapytał zdezorientowany.
-Lindsay! – Wysapałem mu do ucha.
-Brendon, jutro lecimy do Denver…- Powiedział Ryan. – Zapomniałeś?
-Chłopcy, na scenę! – Krzyknął ktoś zza drzwi.
Chwyciłem mikrofon i wbiegłem na scenę. Oślepiony reflektorami otarłem spocone czoło. Zazwyczaj na początku krzyczałem coś w stylu: Hej LA! Jak się macie? Teraz nie miałem na to ochoty. Spojrzałem na Ryana. Nie uśmiechnął się. Chyba wiedział, co czuję. A może udawał. Kogo to obchodzi. Pierwsze takty Mad as Rabbits poszły.




Wybiegłam z domu, próbując dogonić Jessicę. Przycisnęłam torbę do siebie i przyspieszyłam.
Zaspałam. A dziś miałyśmy mieć wizytę w szkole. Niby robocze i rutynowe spotkanie, ale jednak wolałabym nie być już od samego początku uważana za niepunktualną. W oddali zamajaczyła mi błękitna sukienka.
-Jess! – Wydarłam się, jednocześnie popychając kogoś przed sobą do przodu.
-Uważaj jak chodzisz! – usłyszałam tuż nad uchem.
-Sorki! – Wysapałam do dość ciekawie wyglądającego kolesia.
Doczłapałam do przyjaciółki.
-Myślałam, ze wypluję sobie płuca…- Powiedziałam, łapiąc się w pasie.
Usłyszałam histeryczny śmiech kuzynki. Przez chwilę myślałam, że postradała zmysły, dlatego próbowałam udawać, że jej nie znam. Tak, na wszelki wypadek, powinnam dbać o reputacje.
-Li…Lindsay. – Zachichotała Jessica. – Pamiętam, z jakim zapałem powtarzałaś babci Candace, że ciepłe bambosze podarowane na gwiazdkę są cudowne, ale nie myślałam, że do tego stopnia…- Ponownie zaniosła się śmiechem, a jej oczy niebezpiecznie przybrały olbrzymi rozmiar.
Rzuciłam okiem, na moje stopy. O najświętszy Mormonie! Zapomniałam przerzucić się z czerwonych, kożuchowych bamboszy, na baleriny. Tragizm.
-Wiem, że niedawno mówiłam Ci o nadaniu Twojemu strojowi niepowtarzalnego stylu i uroku, ale nie sądziłam, ze będziesz w stanie uczynić go aż tak niezwykle nieprzeciętnym. – Stwierdziła Jess.
Chwyciłam ją za rękę i popędziłam w dół ulicy, wpadając do sklepu z butami. Sprzedawczyni spojrzała na mnie z rozbawieniem. W oko wpadły mi boskie adidasy. Dosłownie wyrwałam je z ręki sympatycznej blondynki i pobiegłam z nimi do kasy. Całe szczęście, że kartę kredytową mam przy sobie zawsze. Zmieniłam obuwie i opadłam na ławkę tuż obok sklepu.
-Festyniaro moja, jesteś najlepsza. – Skwitowała kuzynka, podając butelkę mineralnej.
-Dzięki kotku. – Powiedziałam.
Po chwili odpoczynku musiałyśmy biegiem pruć do szkoły.
Budynek naszej przyszłej budy prezentował się imponująco. Jakie to szczęście, że wakacje nadal trwają. Przynajmniej mój żołądek nie był zmuszony do nadprogramowej wycieczki w górę przełyku. Z niezwykłą ostrożnością zamknęłyśmy wyglądające na niezwykle kosztowne drzwi wejściowe. Wydawało mi się aż niezwykle nie na miejscu stukanie obcasami o posadzkę.
-Dzień Dobry. – Powiedziałyśmy do miłej sekretarki, ubranej w kusy kostium i niesamowicie wysokie szpilki.
-Ach, to wy dziewczynki. Pan dyrektor Cracker czeka w swoim gabinecie. Wszystko będzie w porządku, nie panikujcie. – Powiedziała przesyconym cukierkowatością głosem sekretarka.
-Dzięki. – rzuciłam i zapukałam do drzwi gabinetu.
-Oh, panny Lindsay Thomas i Jessica Livingstone. Zapraszam. – Dobiegł nas głos dochodzący zza…no właśnie, skąd?
Spojrzałam niepewnie na Jessicę. Ta wskazała na fotel za biurkiem. Po chwili ukazała się nam sylwetka psychodelicznego faceta, spoglądającego na nas z nieukrywanym zaciekawieniem zza grubych jak dętka okularów. W duchu przysięgłam sobie, że na dzień nauczyciela zainicjuję kupno porządnych szkieł dla Crackera.
-Siadajcie. – Powiedział, wskazując dwa mile wyglądające fotele.
Spełniłyśmy prośbę.
-Zostawcie w sekretariacie swoje dokumenty z poprzedniej szkoły, odbitki zdjęć i cóż, witam w naszej placówce. – Wyrecytował.
-To już? – Zapytałyśmy równocześnie.
-Tak. Nie sądzę, żeby potrzebne było coś więcej. To nie instytucja rządowa. – Skwitował, śmiejąc się w głos, świr jakiś.
-Wiadomo, pozostało przydzielenie wam zajęć, na które będziecie uczęszczać i tyle. – Dodał.
-Dziękujemy. Do widzenia. – Pożegnałyśmy się i jak najszybciej wybiegłyśmy przed szkołę.
Wolnym krokiem szłyśmy do domu. Po drodze wstąpiłyśmy na piwo. Nie było problemu z niepełnoletnością.
-Nie jesteście za młode na picie alkoholu? – Zapytał barman.
-Hmm…Tak, jesteśmy. A czy to problem? – Zapytała Jess, pochylając się w stronę wyraźnie oczarowanego barmana. – Skarbie, jest gorąco. Napiłyśmy się czegoś.
-Ooo tak…Gorąco…- Zamruczał, wijąc się w rozkoszy barman.
Miałam ochotę wybuchnąć. Jakimś sposobem Jessica potrafiła onieśmielić każdego faceta na tej ziemi. I po raz kolejny jej się to udało dziś.
-Umm…Pyszne, zimne piwo. – Stwierdziłam, dopijając duszkiem końcówkę.
Ktoś namiętnie się do mnie dobijał. Spojrzałam na mały ekranik. Brendon.
-No co tam? – Zapytałam, podśmiewając się odrobinę.
-A nic. Chciałem zapytać, co u Ciebie? – Powiedział.
-Hmmm…Jakoś leci kabarecik. Wesolutko mi. A jak tam u Ciebie? – Zapytałam.
-Nie najgorzej. Wiesz, tylko troszeczkę mi się plany pokręciły. – Wyznał. – Nie dam rady dziś się z Tobą spotkać. Właśnie jestem w samolocie do Denver. Przepraszam.
Mój humor ostudził się, niebezpiecznie zbliżając się do temperatury zera absolutnego.
-Hej, hej? Jesteś tam? – Zapiszczał do słuchawki. – Głupio mi. Ale taką mam pracę. Ale może mogę liczyć na jutro? Jakieś spotkanie? – Zaproponował.
-I tak nic nie robię. Możemy to przełożyć na jutro. – Zgodziłam się.
-To cudownie! Trzymaj mi się tam mała. – Rzucił i zakończył rozmowę.
Wróciłyśmy do domu. Zjadłam przygotowane przez mamę kanapki i rozsiadłam się przed telewizorem. Przełączałam kanały. Dołączyła do mnie Jess, wkupując się olbrzymią paczką chipsów paprykowych. Zostawiłyśmy na Greek’u.
-O rany, Evan dyma tą zdzirę Rebeccę! – Pisnęła Jess, wpychając w siebie chipsy.
-Pawian cholerny. – Emocjonowałam się. – Szkoda mi Casey. Fajna dziewczyna. A ta nowa ‘siostra’ wpierdala się dosłownie w jej życie seksualne i osobiste. – Skwitowałam.
-Ale trzeba przyznać, Evan wygląda tu cudownie. Jest słodki, i taki mrau… - Stwierdziła Jessica.
-To fakt. Ma boskie ciało.- Westchnęłam.
Obie wybuchłyśmy śmiechem.
-Siostro, przystopuj, bo za chwilę nie będziesz mogła zobaczyć swojego paska od spodni. – Zaśmiała się kuzynka, chwytając mnie za fałdkę tłuszczu na brzuchu.
-Jak śmiesz bajcurku! – Zapiszczałam.
-Co najwyżej koteczku, cipko! – krzyknęła Jessie, podkładając mi ręce pod brzuch i drapiąc go.
-Cipko, pipko, naruszasz moją przestrzeń prywatną! – powiedziałam, próbując uwolnić się z jej uścisku.
Ktoś trzasnął drzwiami.
-Wracam zmęczony po meczu, spoglądam na kanapę, i co widzę? Pikawę psychiczną moich sióstr. – Zaśmiał się Matt.
-Pies cię trącał Matt! – Krzyknęłam, rzucając go poduszką.
Brat spojrzał na mnie jak na kozę z trzema rogami na środku Manhattanu i zmył się do siebie.
Cóż, <3 moją Jess.



Wsunąłem się do pokoju Rossa i zamaszystym ruchem odsłoniłem ciemną kotarę zasłony. Stała się jasność.
-Aaaa! – Zapiszczał Ryan. – Kurwa, Brendon! Ocipiałeś już do reszty?
-Nie nudź kotku. – powiedziałem. – Mam problem.
-Jakiej natury? – Zapytał zaciekawiony.
-Seksualnej i kobiecej. – Wyjawiłem mu.
-W mojej szufladzie masz viagrę, wiesz co to, prawda? A co do kobiet, to nie mam pojęcia. – Poinformował mnie Ryan.
Zachichotałem.
-Nie, nie chodzi mi o problemy z erekcją, głupolu. – Powiedziałem. – A swoją drogą, nie wiedziałem, że używasz dopalaczy.
-Zejdź ze mnie, bo oberwiesz. – Bronił się Ryan. – To o co się rozchodzi?
-Dzisiaj mam ‘niby – randkę’ z Lindsay. Mówiłem Ci już. – Przypomniałem. – Po pierwsze, nie wiem, w co mam się ubrać. Po drugie, jak się wobec niej zachowywać.
-Brenny, i tak będziesz wyglądał jak żul. A jeśli chodzi o zachowanie, to zależy, jakie masz wobec kobiety plany. – Uściślił Ryan.
Puściłem mimo uszu uwagę o żulu. I vice versa Ry.
-Cóż…Lindsay mi się podoba. Jest ładna, urocza. A gdybyś ją zobaczył wtedy na plaży…Ale nie wiem. Nie mam czasu na związki. Nie mam dziewczyny, bo na to trzeba czasu. A ja go po prostu nie mam. I wiesz…Nie wiem, czy chcę się angażować w poważny związek. Chciałbym jej spróbować, posmakować jej ciała. Nie chcę się angażować. Chcę się zabawić. Znasz mnie przecież. – Powiedziałem.
-Znam i to mnie przeraża. – Powiedział Ryan.
-Co tam mamlasz pod nosem? – Zapytałem podirytowany.
-Nic. I widzisz, sam sobie odpowiedziałeś na pytanie. Zabaw się Brendon. A teraz daj mi spać. Kocham Cię przyjacielu. Narka. – Wymruczał ryan i zniknął pod pościelą.
Brendon, zabawimy się dzisiaj?


Stanęłam przed lustrem. Ubrana w kusą sukienkę i szpilki.
-Linds, przebieraj się z tego. – nakazała Jess. – Wyglądasz ślicznie, ale to nie jest strój na pierwszą randkę. Nie odkrywaj przed nim od razu wszystkiego. Niech pozostanie pewna tajemnica, niedopowiedzenie. Kuś go, ale jednocześnie nie wystawiaj wszystkiego na tacy. – Skwitowała.
Zrzuciłam ciuchy i zrezygnowana usiadłam na brzegu łóżka. Już od godziny mierzyłam stroje. I każdy był nieodpowiedni.
-Przymierz to. – Powiedziała Jess, podając śliczne baleriny w kolorze beżu, spódnicę z motywem kwiatów w kolorze brudny róż i bluzkę, odkrywającą jedno ramie.
Spojrzałam w lustro. To było to. Jess spięła mi włosy i pozwoliła jednemu kosmykowi swobodnie opadać na twarz.
-Padnie z wrażenia. – Zawyrokowała przyjaciółka.
Wybiła 18. 00. Wyszłam przed dom. Brendon czekał. Wysiadłz samochodu i uśmiechnął się.
-Wyglądasz zjawiskowo. – Powiedział.
-Dzięki. – Odpowiedziałam.
-Wsiadaj. – Powiedział, otwierając drzwi.
Odjechaliśmy.
-Czytałem o premierze świetnego filmu. Ostatnio rzadko bywam w kinie. Może tam pójdziemy? – Zaproponował.
-Świetnie. – Zgodziłam się.
Dotarliśmy na miejsce. Kupiliśmy bilety i wsunęliśmy się w fotele na Sali kinowej. Puścili film. Z trudem mogłam skupić się na oglądaniu. Ukradkiem próbowałam obserwować Brendona. Dokładnie śledził akcje i wciąż się uśmiechał. Ten uśmiech. Wart grzechu. I chyba mojego zakochania. W pewnym momencie objął mnie ramieniem i zapytał, jak mi się podoba. Uśmiechnęłam się tylko. Byłam zahipnotyzowana. Spojrzałam na ekran i skupiłam się na fabule filmu. Poczułam, jak łzy opadają mi na policzki. Śmierć głównego bohatera wstrząsnęła mną. Brendon otarł łzy z moich policzków i pozwolił, abym wtuliła się w jego ramię. Seans dobiegł końca.
-Wzruszyłaś się. – Zauważył.
-Piękny film. – Przyznałam.
-Wiesz, mam pomysł. Chciałbym Ci pokazać pewne miejsce. – Stwierdził.
-W porządku. – Powiedziałam.
Wyjechaliśmy z miasta.


Byłem zadowolony. Mój plan zmienił odrobinę bieg, ale nadal miałem szansę na świetną zabawę z Lindsay. Choć przez chwilę przestałem o tym myśleć. Podczas filmu pomyślałem, jak wyglądało by moje życie, gdybyśmy byli parą. Spojrzałem na nią. Uśmiechnąłem się do siebie. Zasnęła. Wyglądała słodko. Dojechaliśmy na miejsce. Rozłożyłem jej siedzenie tak, aby mogła spokojnie spać a sam wyszedłem na zewnątrz i zapaliłem papierosa. Były to chyba fajki Marishy. Kogo to teraz obchodzi. Było gorąco. Zrzuciłem koszulę i oparłem się o maskę samochodu. Kochałem to miejsce. Od miesiąca potrafiłem tu przesiadywać godzinami.
Wróciłem do samochodu. Spojrzałem na Lindsay. Odsunąłem niesforny kosmyk z czoła i przycisnąłem usta do nagiego ramienia. Obudziła się.
-Bre…Brendon! Czy my? Czy tu coś? Dlaczego Ty nie masz koszuli i…Wytłumaczysz mi? – gorączkowała się Linds.
-Nie. Nic z tych rzeczy. Zasnęłaś, a ja nie chciałem Cię budzić. A tą koszulą się nie przejmuj. Było mi gorąco, zrzuciłem ją. – Wyznałem. – Chodź na zewnątrz śpiochu. To piękne miejsce.
Wysunęliśmy się z samochodu. Położyliśmy się na trawie i patrzyliśmy w gwiazdy. Tysiące maleńkich punkcików, zdających się spać z nieba.
-Tu jest ślicznie. – Powiedziała Lindsay.
-Owszem. – Przytaknąłem.
Odwróciłem twarz w jej stronę. W jej oczach odbijały się gwiazdy, nadając im cudownego blasku. Widziałem podekscytowanie na jej twarzy i…marzenia. Musiały być piękne.
-Kiedyś kupię jedną z tych gwiazd. – Powiedziałem.
-Dlaczego? – Zapytała.
-Przecież to cudowna sprawa posiadać coś pięknego, najbardziej wartościowego na świecie na swoją własność. Móc za każdym razem tak samo zachwycać się niezwykłością, cudownością. Szukać tej jedynej wśród tysiąca i zawsze znajdywać tą niepowtarzalną, najbliższą sercu. – Stwierdziłem.
-Może znajdziesz taką. – Przyznała.
-Już znalazłem. – Wyszeptałem i musnąłem jej wargi.
Patrzyliśmy na siebie, chwytaliśmy nawzajem swoje oddechy. Nie wiedziałem, czy mogę ją pocałować. Ale ona oddała pocałunek. Przyjemnie obejmowała moje wargi, dotykała ich z cudowną namiętnością. Całowałem ją jak nikogo dotąd. Cicho zamruczałem, czując jak unoszę się ponad ziemią. I nagle zdałem sobie sprawę, że coś jest inaczej. Nie chcę by ktokolwiek inny dotykał tych ust, pieścił jej język. Chciałem być tylko jedynym. Bo ona była dla mnie tylko jedyna. Kochana i cudowna.



___________
Mam nadzieję, że notka ujdzie. Pisałam z myślą o P. i K. i K. i całej reszcie:)
Dodatkowo wszystkich zapraszam na odrobinę espresso życia, dosmaczonego solą losu.
www.south-of-nowhere.mylog.pl
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Caught Somewhere In Time...

wtorek, 25.marca.2008, 20:26
Taka mała informacja dla wszystkich: na moim starym blogu www.camisado-story.mylog.pl pojawiła się notka.
Zapraszam serdecznie wszystkich, którzy chcą poznać tajemnicę dotyczącą końca losów Ashley, Ryana i reszty przyjaciół.

To tyle z ogłoszeń parafialnych. Czekać na nową notkę na mouth-shut. Już niedługo!
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dzisiaj czekała mnie przykra niespodzianka, ponieważ wszystkie pliki znikły, włącznie z nowymi notkami na bloga, które miałam napisane. Fakt, dodaję notkę, którą napisałam przed chwilą, ale niestety, nie jest ona taka, jak poprzednia, która znikła, jest przede wszystkim krótsza...Ale mam nadzieję, że nie jest taka beznadziejna. endżoj.



-You've crawled under my skin and I feel you there You're with me all the time you come everywhere When I needed space I pushed you away But then I want you back, you're hard to erase…
To ostatnie słowa, które zapamiętałam wychodząc z imprezy. I nie należały one ani do Brendona ani do Jessiki. Wypływały z głośników…

Wsunęłam się w osobliwy kawałek koca, leżący na łóżku obok. Było cicho, spokojnie. Spojrzałam na obraz, który parę minut temu podziwiałam. Nie dostrzegłam w nim nic pięknego. Był zwyczajny, nudny. Nie czułam magii. Jedyną rzeczą, która wcześniej sprawiała, że pokochałam ten widok było ciepło drugiej osoby, siedzącej obok. Brendon. Powinnam znienawidzić go za jego głupie zachowanie. Znielubić każdą pojedynczą sylabę wymówioną przez niego dzisiaj. Nie za dużo od siebie wymagam? Co tak w ogóle dzieje się między nami? Początek pięknej, długiej przyjaźni? Mój pieprzony romantyzm mnie przeraża. Opadłam na łóżko. Długo wpatrywałam się w sufit, licząc na szybkie nadejście snu. Cóż. Widocznie dziś cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Nie zasnęłam.
Nad ranem usłyszałam kroki na schodach. Głośny huk, a potem pojękiwania brzmiące jak skowyt psa. Do pokoju wsunęła się Jess. Zrzuciła z siebie najpierw bluzkę, a potem spódnicę i opadła na łóżko. Przyjaciółka chyba uznała, że śpię.
Nie wyprowadzałam jej z błędu.
Nad ranem zwlokłam się z łóżka, bo pomimo moich starań, nie zmrużyłam oka. Doczłapałam do kuchni. Zrobiłam mocną kawę i usiadłam na blacie kuchennym. W takiej chwili zamarzyło mi się mieć psa, którego mogłabym codziennie rano wyprowadzać...Jak na razie ten pomysł nie mógł ulec realizacji, za to mój pomysł pójścia na spacer owszem. Było chłodno. Pocierałam nerwowo zziębnięte ręce. Obmyślałam każdy kolejny krok, starając się nie nastąpić na łączenia między płytami. Wpadłam na kogoś.
-Przepraszam. – Rzuciłam przed siebie.
-O, to Ty. – Usłyszałam czyjąś odpowiedź.
Podniosłam wzrok.
-Ryan, co robisz o 5 rano na ulicy? – Zapytałam.
-Nie wiem. A Ty? – Ross obdarzył mnie ciepłym uśmiechem.
-Muszę pomyśleć nad kilkoma sprawami. – Odpowiedziałam.
-Brzmi poważnie. – Stwierdził.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Wczoraj szybko wyszłaś. Coś się stało? – Zapytał.
Szybka ocena sytuacji: pyta dlatego, że nie ma o co pytać, nie oczekuję nawet odpowiedzi i lepiej zbyć go czymś, czy raczej naprawdę go to obchodzi.
-Było…Ok. Nie chcę mi się o tym gadać. Może pospacerujemy w milczeniu? – Zaproponowałam.
-Jak chcesz. – Skwitował. – Ale to Bden coś spieprzył?
-Miałeś nic nie mówić. – Przypomniałam.
-Przepraszam.- Powiedział.
-Ale jeśli tak bardzo chcesz cokolwiek o tym wiedzieć, to pogadaj z Brendonem. On Ci wyjaśni, w czym rzecz. – Przyznałam.
Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Było trochę dziwnie, bo wydawało się, jakby każde z nas chciało o coś zapytać. Ale zasady były ustalone. W tym z Ryanem jesteśmy do siebie podobni.
-Dzięki za spacer. – Rzuciłam.
-Jak to mówią, ni ma sprawy! Pozdrów Jessicę. – Pożegnał się.




Te dwa pajace jeszcze śpią. Gdybym nie miał zrytego humoru, to wyciąłbym im jakiś kawał. Urie, nie jesteś w formie. Ale po tej nieudanej imprezie, to czuję się jak…krosta na dupie Spencera. Fuj! A gdzie Ryan? On zawsze wie, jak mnie pocieszyć. Lubię Ryana. Jest dla mnie miły, dobry, kochany…O Boże. Co ja gadam?! O. Chyba przyszedł.
-Ro… - Nie dokończyłem.
-Bden! Gnido mała! – Wydarł się Ryan.
Spojrzałem na niego zdziwiony.
-Jessica dała Ci kosza?- Zapytałem rozbawiony wyrazem twarzy przyjaciela.
-Przymknij się, bo jeszcze jedno słowo, a dostaniesz ode mnie wpierdol. – Zagroził.
-Fajnie. To słucham. – Powiedziałem.
-Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego Lindsay wyszła wczoraj zapłakana o godz. 21.00 z imprezy? – Zapytał.
-Zapłakana? – Powtórzyłem.
-Tak cipo! Chciałem ją zatrzymać, ale była taka roztrzęsiona, że postanowiłem odpuścić. – Poinformował mnie Ryan.
-Nie wiedziałem, że płakała…- Przyznałem.
-Powiesz mi, co wczoraj się stało? – Poprosił.
Opowiedziałem mu o wszystkich zdarzeniach wczorajszego wieczora.
-Brendon, zachowałeś się jak skończony dupek. Nie pomyślałeś, że mogłeś zranić ją tym osądem? Dziewczyna wyznała jakąś odrobinę zaufania i sympatii do Ciebie, a Ty lecisz z takim tekstem? – Stwierdził Ryan.
-Wiem. Czuję się głupio. – Skwitowałem.
-Twój stan ducha nie ma znaczenia. Lepiej zastanów się, co zrobić, żeby ją przeprosić. – Powiedział Ryan.
Spojrzałem na gazetę leżącą na kanapie. Przeczytałem napis do góry nogami.
„Dokąd zmierzam?”. Chwyciłem gazetę i wybiegłem z domu.
-Co mu się stało? – Zapytał Jon.
-Nic. Jon, trzeba zadzwonić do jakiegoś psychiatry. – Stwierdziłem.
-Huh? – Zdziwił się Walker.
-Bden potrzebuję wizyty u lekarza. Koniecznie. – Skwitowałem.



-Chcesz iść ze mną na zakupy? – Zapytała Jessica.
-Nie mam na to siły. – Odpowiedziałam.
-Ej, bąku. Co ty ostatnio taka markotna? – Zmartwiła się przyjaciółka.
-Life stinks. – Przyznałam.
-Tylko czasami, jak Matt nie weźmie prysznica po treningu. – Zaśmiała się Jess.
-LOLDWA! – Krzyknęłam.
-Zakupy nie? – Zapytała.
-Tak.
-Tak?
-Nie.
-Nie?
-Tak.
-Tak?
-Przestań Jess! Nigdzie nie idę. Miłej zabawy. Mua:* - Powiedziałam.
Przyjaciółka znikła za drzwiami.
Westchnęłam. Rodzice zajmowali się czymś w ogrodzie, a ja nie miałam ochoty na rozmowy z nimi. Zaraz zeszłoby na temat szkoły. Są wakacje. Cieszmy się. No.
Włączyła tiwi. Nudy. Nudy. Nudy. Wyłączyłam srebrne pudło. Ryan dziś zapytał, czy wiem, kim są. Wiem. Dla mnie ludźmi. Sąsiadami. A to, że są sławni? Drobiazg. Lubię ich za to, że są mili i czarujący na co dzień. Nie dlatego, że mają dużo kasy.
Postanowiłam pójść na plażę. Uwielbiałam zapach cytrusów rosnących przy drodze na plażę. Potem rozgrzaną kostkę, a następnie miękki, wilgotny piasek. Szłam brzegiem, pozwalając spokojnym, błękitnym falom obmywać moje stopy, wspinać się coraz wyżej aż do talii, mocząc lnianą sukienkę. Przysiadłam na skale.
Czułam równowagę, harmonię, która mnie pochłania. Miałam wrażenie, że ocean odbiera mi moje myśli, a przynajmniej je zagłusza, pozwala na odpoczynek od rzeczywistości. Ja na własnym zamku ze szkła…
-Przepraszam…- Usłyszałam czyjś głos.
Odwróciłam się.
Na brzegu stał Brendon.
-Przepraszam…- Powtórzył.
Zignorowałam go. Pomyślałam, że jak go zleję, da mi sposób.
On nie zrezygnował. Po chwili był na „mojej” skale, tuż obok mnie. Podał mi rękę, bym mogła wstać. Byliśmy teraz tak blisko. Czułam jego oddech na swojej twarzy.
-Jestem cała mokra. Zamoczę Cię. – Przyznałam, próbując opanować drżenie spowodowane jego obecnością przy mnie.
-Nie szkodzi. – Wyznał.
Spuściłam wzrok. Krępował mnie, wpatrując się bez ustanku we mnie, przytulając swoje ciało do mojego, które było prawie nagie. Czułam, że ta scena ma bardzo intymny charakter. Byłam teraz na szczeblu, który był dla mnie za wysoki i prawdę mówiąc nie byłam na tyle dojrzała.
-Czemu drżysz? – Zapytał, odgarniając z mojej twarzy mokre kosmyki włosów.
-Przestań. – Wyszeptałam.
-Posłuchaj…Ja…Zrobiłem bardzo głupio. Zachowałem się fatalnie, wiem. I wiem, że po tym, co powiedziałem, teraz zwykłe przepraszam nie wystarcza. Dlatego postanowiłem zrobić coś, co pokazałoby Ci, że wcale nie traktuję Cię i innych młodych ludzi tak jak mówiłem…Wiesz, podpisałem umowę na sygnowanie moim nazwiskiem kampanii Pumy „Dokąd zmierzam…”. Wiem, młodzi ludzie są traktowani jak ktoś, kogo nie warto posłuchać, ale myślę, że warto jest poznać ich opinię i to, co oni mają do powiedzenia. – Przyznał. – Wybaczysz mi?
Spojrzałam na jego twarz. Był poważny, zdecydowany…Uśmiechnęłam się.
-Czy ten uśmiech oznacza zgodę? – Zapytał.
-Tak. – Odpowiedziałam.
-Super. – Ucieszył się.
-Mówiłam, że Cię zamoczę. – Stwierdziłam, spoglądając na przemoczone ubrania chłopaka.
-Mówiłem już, nie szkodzi. Cieszę się, że udało mi się naprawić to, co schrzaniłem.- Skwitował.
-Nie patrz tak na mnie. – Poprosiłam.
-Wybacz, ale nie chcę spełnić tej prośby. – Powiedział.
Poczułam, jak oblewa mnie fala gorąca. Odruchowo przysłoniłam rękoma piersi. Aspekt naszej przyjaźni zmierzał na tory, których wcześniej nie brałam pod uwagę.


____________
Opisy bohaterów.
odsyłam do O mnie.


Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Don't talk words against me! Część 5

piątek, 15.lutego.2008, 17:14
W powietrzu unosił się zapach oceanu, wymieszany z zapachem perfum, które chwilę temu rozpyliła wokół siebie Jess, ostentacyjnie wciągając ich zapach i wydychając go, ćwicząc przy tym mięśnie klatki piersiowej, jak najchętniej nazywała swoje piersi. Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Miałyśmy jeszcze około dwadzieścia minut, aby ogarnąć siebie. Byłam już prawie gotowa, więc tylko co chwila sprawdzałam, ile zostało do wyjścia. Brendon, ten, który zaprosił nas na imprezę wydzwaniał do mnie od samego rana z pytaniem, czy aby na pewno wpadniemy. Właściwie, to nie wiem, skąd ma mój numer, ale pewnie jakimś sposobem udało mu się go zdobyć. Może sama mu go dałam wczoraj? Nie mam pojęcia.
-Myślisz, że będzie fajnie? – Zapytała Jess, wykonując płynne ruchy szczoteczką od mascary.
-Nie wiem. – Odpowiedziałam.
-Może więcej głębszej treści w wypowiedzi, hmm? Ostatnio jakoś nie da się z Tobą normalnie pogadać. Już nawet mnie zbywasz półsłówkami. Coś się stało? Czy to może po prostu brak chęci życia bez jakichkolwiek powodów? – Zapytała przyjaciółka.
Spojrzałam na łańcuszek, który wciągu wypowiedzi Jessiki zdążyłam po raz setny okręcić wokół swojego palca.
-Wszystko w porządku. Po prostu jakoś nie mam ochoty na nic. Może dlatego, że za parę dni wypada mi okres. Jestem wtedy jakaś taka rozdrażniona i wszystko doprowadza mnie do płaczu, sama zresztą wiesz. Dlatego nie chce mi się niczego! – Odpowiedziałam.
-Skoro tak twierdzisz…- Zakończyła Jessica, nie zawracając sobie dłużej głowy moim stanem psychicznym.
Chwała jej za to, że potrafi przystopować z pytaniami wtedy, kiedy ja tego potrzebuję.
-Chodźmy.- Zarządziła.
Wsunęłam nogi w czarne balerinki i wysunęłam się na zewnątrz. Znalazłyśmy się przed drzwiami domu młodych sąsiadów. Nic jak na razie nie wskazywało na to, że odbędzie się tu jakaś impreza. Podjazd pod domem był pusty, a ze środka też nie dochodziły żadne szczególne odgłosy. Nacisnęłam na maleńki dzwonek przy drzwiach. Po chwili otworzył Bden.
-Hej! Wejdźcie. – Powiedział, odsuwając się na bok.
-Jesteśmy pierwsze? – Zapytałam, rozglądając się dookoła.
-Yhy.- Przytaknął Brendon.- A tak przy okazji, to jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać…- Tym razem Bden zwrócił się do Jess. – Brendon, miło mi. – Przedstawił się, chwytając delikatnie dłoń przyjaciółki i przytykając do niej swoje usta.
-Jessica. Cała przyjemność po mojej stronie. – Odpowiedziała Jessica, której szarmanckie zachowanie chłopaka nie wprawiło w żadne zakłopotanie.
-Rozgośćcie się.- Powiedział Brendon, zostawiając nas w salonie, a sam znikając w pomieszczeniu obok.
Po chwili wrócił do pokoju wraz z pozostałymi lokatorami, niosąc miski z chipsami i napojami z bąbelkami oraz w przewadze z procentami. Szybko zostaliśmy sobie przedstawieni. Chwilę potem zaczęli pojawiać się kolejni zaproszeni. Usadowiłam się bezpiecznie na kanapie w kącie pomieszczenia, tak aby nie być zauważona na pierwszy rzut oka. Jessica wręcz przeciwnie – stanęła przy stoliku z drinkami oraz przekąskami, gdzie pewnie będzie się roić jak najwięcej ludzi. Mistrzyni pierwszego wrażenia. Phi. Po dwudziestu minutach całe pomieszczenie było pełne ludzi, o których nie miałam kompletnego pojęcia. Cały czas nerwowo poszukiwałam Jessiki, chcąc ją mieć cały czas w zasięgu wzroku. Ktoś z tłumu imprezowiczów krzyknął, żeby podgłośnić muzykę, więc już po chwili wszędzie wybrzmiewały głośne dźwięki muzyki puszczanej z wypasionego sprzętu stereo, który podłączony do paru głośników o niezłej mocy dawał porządnego kopa. Wydawało się, jakby wszyscy bawili się doskonale. Wszyscy, z wyjątkiem mnie. Wokół Jessiki jak zwykle kręciło się masę typów, wlepiając swój wzrok w jej piersi. Tak, Jess była świadoma swojego seksapilu i tego, w jaki sposób oddziałuję na płeć przeciwną. Nie, nie była typem dziwki, która pozwalała innym na robienie sobie ‘dobrze’ czy też na chamskie czy obleśne żarty wobec niej. I to jest w niej fajne. Postanowiłam zmienić miejsce, dlatego instynktownie przepchnęłam się w stronę drzwi, które jak sądzę prowadzą do kuchni. Tam też zabawa była przednia. W tłumie ‘obcych’ ujrzałam Brendona, rozmawiającego z Jonem.
-Jak się bawisz?- Zapytał Brendon na mój widok.
Postarałam się o uśmiech jest-zajebiście i obdarzyłam nim gospodarza imprezy.
-Fajny melanż.- Odpowiedziałam.
-Cieszę się, że tak mówisz. Ja jakoś nie mogę poczuć klimatu. Wiesz, chciałbym Cię zabrać do mojego pokoju. – Stwierdził.
Na hasło ‘mój pokój’ zareagowałam jak na alarm, który włączył się w mojej głowie.
-Możemy też wyjść stamtąd na balkon, z widokiem na ocean. To jak, zaszczycisz-mnie-swoim-towarzystwem? – Zapytał.
-Jasne. – Odpowiedziałam.
Opuściliśmy kuchnię i przeszliśmy schodami na piętro. Brendon otworzył pierwsze drzwi na lewo. Znaleźliśmy się w białym, sterylnie czystym pokoju, z czerwonym łóżkiem, laptopem leżącym na parapecie, garderobą, oraz rzuconym na podłogę czerwonym dywanem, który sprawiał wrażenie, jakby był tu z całkowitego przypadku.
‘Ten pokój nic nie mówi o Brendonie. Żadnych zdjęć, plakatów ulubionej kapeli, ani nawet gazet „Playboya”…Niczego, co określało by go jako człowieka, chłopaka, studenta czy coś w tym rodzaju.’ – Pomyślałam.
Brendon zdawał się czytać w moich myślach.
-To wszystko nie wygląda zbyt ciekawie, ale to przez to, że mieszkamy tu dopiero miesiąc i jakoś tak nie urządziłem jeszcze pokoju. – Wyjaśnił zakłopotany.
-Jest w porządku. – Zapewniłam.
Wyszliśmy na balkon. Na dworze było już jak na tą porę dnia dość chłodno. Jednak widok wynagradzał tą niedogodność. Spokojna tafla oceanu, oświetlona przez księżyc i gwiazdy, które odbijając się od wody sprawiały mylne wrażenie, jakby utopiły się w oceanie oraz rozświetlone kawiarenki i kluby nocne po drugiej stronie plaży. To wszystko jako całość prezentowało się niebanalnie i niesamowicie.
-Proszę. – Powiedział Bden, podając mi swoją bluzę.
Przez chwilę zawahałam się, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. Brendon spojrzał na mnie, trzymając pewnie wyciągniętą rękę z bluzą i nie czekając na mój ruch po prostu narzucił ciuch na mnie.
-Jesteś moim gościem. Miałbym wyrzuty sumienia, gdybym później dowiedział się, że się przeziębiłaś. – Stwierdził.
Uśmiechnęłam się, choć nie wiem, czy w tej ciemności mógł zauważyć ten ciepły gest.
-Zaraz wracam. – Poinformował mnie, znikając za rozsuwanymi drzwiami.
Wrócił z dwoma kubkami i dwiema łyżeczkami.
-Naszła mnie ochota na kogel-mogel. Pomyślałem, że zjesz razem ze mną. – Powiedział, podając mi ubite żółtko z cukrem.
-Dziękuję. Z przyjemnością. – Skwitowałam.
Osunęliśmy się na chłodną posadzkę balkonu i spoglądając na obraz nocy przed nami zaczęliśmy jeść.
-Pewnie myślisz, że zwariowałem, przyprowadzając Ciebie w takie miejsce i na dodatek karmiąc czymś tak zwyczajnym, kiedy mogłaś bawić się w najlepsze na dole. Jeśli zrobiłem to w zły sposób, to przepraszam. – Powiedział Brendon.
-Nie, mi odpowiada tak, jak jest teraz. Jest mi dobrze. Kiedy siedzę koło Ciebie, czuję, że jestem szczęśliwa. Wiesz, od paru dni budzę się każdego ranka, ale nie czuję się prawdziwa. A kiedy Ty tu jesteś, to czuję, jakby wszystkie mury wokół mnie znikły. Sprawiłeś, że Ci zaufałam. Ale przepraszam, że właściwie coś takiego mówię. Przepraszam. Wygłupiłam się. – Stwierdziłam.
-Wcale, że nie. To znaczy, że potrzebujesz takiego kogoś i to dobrze, że właśnie ktoś taki się pojawił. – Skwitował.
-Naprawdę? – Zapytałam, słysząc jak to słowo jak echo wraca do mnie.
-Tak. Jesteś młoda, potrzebujesz kogoś, kto może Ci pomóc. Dziewczyny w Twoim wieku nie bardzo wiedzą, czego chcą i co się dzieje z ich ciałem. Dla nich podstawowe wartości nie mają żadnego znaczenia. – Oznajmił.
W tej chwili poczułam, że jestem jednak na niewłaściwym miejscu z niewłaściwą osobą.
-Nie masz pojęcia o tym, co czują dziewczyny w moim wieku! – Wybuchłam.
-Chcą za wszelką cenę szybko dojrzeć i nie ważne jakim kosztem i jaką drogą! Dla nich sex to przepustka do dorosłości. No pomyśl: Żałosne! – Brendon nie dawał za wygraną.
Lindsay poczuła się tym stwierdzeniem szczególnie dotknięta. Ona nie traktowała seksu z Rustem jako biletu do dorosłości. To był dla niej dowód miłości. Wydarzenie, które pozwoliło jej być jeszcze bliżej z Rustem. Jeśli pragnęła to zrobić, to nie ma znaczenia, w jakim wieku. Jeśli była na to gotowa, to fakt, że ma 16 lat nie jest przeszkodą, do diabła!
-Wiesz, Twoje wyobrażenie o mnie jest płytkie. Skoro już teraz oceniłeś mnie jako szmatę, to dalsza rozmowa nie ma sensu, bo ja nie jestem taka, jak inne! Daj znać, kiedy zechcesz o tym pogadać. – Rzuciłam.
W duchu żałowałam, że to wszystko miało miejsce. Brendon mi się podoba. Od samego początku. Ale nie mogłam pozwolić na to, jak on traktuję mnie jako nastolatkę. Cieszyłam się, że było już dostatecznie ciemno. Przynajmniej nie zobaczył moich łez, które strużkiem sączyły się po moim policzku.



____
Przepraszam, że notka jest słaba, ale mam już pomysł na kolejną i ta potrzebna była na dodanie tempa akcji. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania.

PS. Już trzy osoby zapytały mnie, dlaczego szablon jest z The Veronicas...Więc dla wiadomości wszystkich zainteresowanych, ustawiłam taki szablon, ponieważ pisząc notki na tego bloga największą wenę mam słuchając właśnie muzyki TV. A poza tym jest pewien fakt, o którym wkrótce się dowiecie. No to tyle. Buźka.
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Who You Are is all that matters...Część 4.

piątek, 25.stycznia.2008, 22:52
Notka z dedykacją dla Pauli, która ma dnia 26. stycznia imieniny.
Wszystkiego Najlepszego, kochanie.


Od kiedy mieszkamy w Mieście Aniołów, to zawsze ja wstaję ostatnia. Zmiana strefy czasowej - tak to tłumaczy mama. Oczywiście każdy z członków rodziny ma na ten temat całkiem odmienne zdanie, nie wspominając już o Jessice, która jako powód podaję zbyt wysokie ciśnienie, które powoduję widok gorącego towaru Los Angeles. Ja nie rozumiem. Dla niej każdy blondyn mierzący powyżej metr osiemdziesiąt jest idealnym kandydatem na chłopaka. Przyznam się przed sobą – zazdroszczę jej tego powodzenia i podejścia do chłopaków. Ja jestem nudna i staroświecka. Jak to mówi Jess: Do mężczyzn to ja się nadaję jak Sardynka do kleiku ryżowego. Ugh…Ohydztwo. Tak czy inaczej, jak na razie pozostało mi się pogodzić z powyższym faktem. Dzisiaj nie wychodząc poza schemat codzienności, jako ostatnia poczłapałam do kuchni. Dwa ślicznie przypieczone tosty posmarowane marmoladą czekały już na mnie na talerzu. Uśmiechnęłam się do mamy w podziękowaniu za śniadanko i bez większych zahamowań zajęłam się wciskaniem jedzenia w siebie. Szybko popiłam to wszystko herbatką owocową.
-Dzisiaj zaczynamy pracę nad Twoją kondycją, lola.- Poinformowała mnie Jessica, wpatrując się we mnie z nieukrywanym zdegustowaniem.
No tak. Jak zwykle zrobiłam coś, czego nie powinnam. Zawsze jestem be i fe i cokolwiek jeszcze innego. Pech chciał, że jestem najbardziej ciapowatym i nie reformowanym dzieckiem w rodzinie, zaczynając swą passę ćwoka w pierwszej klasie podstawówki, kiedy połknęłam swój aparat na zęby. Grr…Przykre wspomnienia. Przyjrzałam się skupionej twarzy przyjaciółki. W tym momencie moją uwagę przykuły jej usta. Wypowiadała wszystko z taką gracją i płynnością. Do diabła! Lindsay. Jesteś świrnięta. Ciekawe, czy chłopaki wpatrują się w moje usta, kiedy do nich mówię…Jeśli tak, to…
-Lindsay! Słyszysz, co do Ciebie mówię?! – Głos Jessiki wyrwał mnie z moich przemyśleń.
-Przepraszam bączku. Jakoś nie mogę się skupić.- Odpowiedziałam.- To co..Ja jestem już gotowa. Możemy iść pobiegać. – postanowiłam zejść na bezpieczny temat.
Szybko znalazłyśmy się na ulicy.
-To jak? Już możemy biec?- Zapytałam.
-Nie! Przed tym zrobimy kilka skłonów, krążeń tułowia: Ogólnie rzecz biorąc - rozgrzewka.- Oznajmiła Jess.
Szybko wykonałam ćwiczenia rozgrzewające i ku uciesze przyjaciółki, ruszyłyśmy na plażę. Nie sądziłam, że ze mną jest aż tak źle! Po przebiegnięciu dwóch kilometrów miałam już naprawdę serdecznie dość. Jess miała jednak w planie jeszcze co najmniej czterokrotnie przebiec ten dystans.
-Litości szefuniu.- Załkałam.
-Lindsay…- Westchnęła Jess, co oznaczało: Żadnych przerw!
Ludzie przyglądali się mi z rozbawieniem a może i z litością? Ciągnęłam się jak ogon za przyjaciółką, która biegła parę metrów przede mną. W końcu zatrzymała się.
-To już koniec?- Zapytałam.
-Tak.- Odpowiedziała, podając mi butelkę wody mineralnej.
-Dzięki.- Powiedziałam.
-Wiesz, zanim zerwałam z Phillem…- Zaczęła Jess.
-To umówiłaś się z jego kuzynem?- Zapytałam.
-Taaa….A skąd wiesz?- Zapytała zdziwiona.
-Nieważne. Kontynuuj.- Poprosiłam.
-Żmija.- Stwierdziła celując we mnie palcem i wbijając mi go w ostatnie żebra, które jeszcze nie pokryły się tłuszczykiem. – Phill pomógł mi znaleźć pracę i już od dzisiejszego popołudnia pracuję w pizzeri dwie przecznice stąd! – Oznajmiła uradowana.
-To zajebiście! – Ucieszyłam się razem z przyjaciółką.- Szkoda, że ja nie mam nic dorywczego. Zawsze to własne pieniądze a nie rodziców. Poza tym pewnie będę wraz z rokiem szkolnym musiała czegoś poszukać.
-Koniec odpoczynku. Wracamy do domu.- Zarządziła Jessica.
Zwątpiłam w to wszystko. Mamo!
Gdy tylko wróciłyśmy do domu, rzuciłam się na lodówkę z dziką pasją przerzucając wszelkie napoje, jakie były w posiadaniu tego domu.
-Matt! Ty piorunie!- Wydarłam się na brata.
-Czego dusza pragnie?- Zakpił braciszek.
-Pić!- Zawyłam.
-Co ja, monopolowy 24 na dobę?- Zapytał.
-Nie pastw się nade mną! Gorszą larwą już być nie możesz.- Stwierdziłam.
-Widzę, że nie umiesz pogrywać siostrzyczko!- Stwierdził.
-Matie! Braciszku…Proszę...- Rzuciłam się na kolana w akcie desperacji.
-Bez takich, no! Bo pomyślę, że mi tu robota podstawili!- Zaśmiał się po czym podał mi ostatnią Mirindę, która była w posiadaniu tego domu.
Butelka szybko stała się pusta.
-Idę do pracy.- Poinformowała Jess.
-Powodzenia!- Krzyknęłam do przyjaciółki.


*Życie sąsiadów*
Spojrzałem na moich kumpli z kapeli. Zalani, nabuzowani i hmm…szczęśliwi?
Jon pląsał gdzieś na parkiecie, obwieszony na jakiejś rudowłosej. Jednym słowem, gdyby nie jej chude tyczki już dawno widzielibyśmy Walkera wąchającego podłogę klubu. Ryan, usadzony w kącie zapisywał coś na serwetce. Pewnie tekst piosenki. Fajnie. W wywiadach będziemy mówić, że tą piosenkę napisaliśmy jak byliśmy kompletnie nawiani i naćpani. Spencer. Oh, Smith oparł głowę o stół i zwiesił ręce. Trup. Z jamy ustanej zwisa mu sącząca się ślina…Bleee…
A ja…Brendon Boyd Urie spoglądam w tą szklankę whisky i czuję się taki…samotny? Oho, śliczna blondynka na horyzoncie. Podchodzi do mnie…Dziwna jakaś. Usiadła mi na kolanach i zaczynamy się całować…Trochę to śmieszne, ale nie powiem: bardzo przyjemne. Robimy językami różne rzeczy. Jest fajnie. Brendon, jesteś stary boski. Bosko – cudny. Pan boski bosko boski. SiaIalala…To trwa dosyć długo. Podoba mi się to wszystko.
-Casanova, idziemy.- Powiedział Ryan, szturchając mnie.
Tak jakby to był koniec tego wieczoru…
A rano…
-Bden kołku! Jesteś tu?- Sweet. Nie dość, że moja głowa pęka, to jeszcze ludzie są wokół tacy mili.
-Czego tam?- Zapytałem.
-Góóód Njuuus…- Stwierdził Ryan z akcentem Borata.- Jesteśmy nominowani do MTV EMA 2008 w trzech kategoriach!
-Jupi!- Ucieszyłem się.- A w jakich?
-Yyy...Tego nie wiem, bo jak się tylko dowiedziałem, do przyszedłem Ci powiedzieć.- Przyznał Ryan.
-Dobra nasza.- Skwitowałem.- A gdzie te przydupasy?
-Na dole. Mocno główka jeszcze boli?- Zapytał.
-Ross, nie mów tak do mnie, bo jeszcze ja i mój kolega sobie coś pomyślimy.- Stwierdziłem.
-Bden, zbok z Ciebie, wiesz?- Oznajmił Ryan.
-Nie. Jestem tylko całkowicie świadomy swojej seksualności.- Odpowiedziałem.
-Haha! Twoja seksualność jest poziomu przedszkolaczka!- Zalewał się Ryanek. Czyżby miał jakieś problemy na tle fizyczności mężczyzn? Warto by to zbadać.
-Nieźle się wkręciłeś wczoraj z tą panienką.- Zauważył Ryan.- Twój kolega przeżywał pewnie wtedy chwilę ekstazy.
-Masz jakiś problem, Ross?- Zapytałem nieco wkurzony.
Przyjaciel spojrzał na mnie lekceważąco i opuścił pokój rzucając tylko:” Zaraz pizza. Rusz tyłek i swojego…” w tym momencie dostał ciapem w łeb.
Zwlokłem się na dół.
- I gdzie ta pizza?- Zapytałem.
-Spence czeka przy furtce na dostawcę…- Oznajmił Jon.
-Aha.- Burknąłem i usiadłem przy drzwiach.
Tymczasem na dworze przed furtką…
Spencer spojrzał ze zniecierpliwieniem za żywopłot. Pod dom podjechał jakiś samochód. A z niego wysiadła jedna z lesbijek mieszkających obok.
-Hej Ty! – Krzyknęła dziewczyna.
-Dd..ddddd…Ja?- Zapytał wystraszony Spence.
-Tak słońce! – odpowiedziała Jess.
Chłopak migiem zwiał stamtąd, zamykając drzwi od domu.
-Ta dziewczyna mnie wołała! – Krzyknął Spencer.
-Jaka dziewczyna?- Zaciekawił się Bden.
-Jedna z tych lesbijek.- Odpowiedział dygoczący Spence.
-Pieprzysz…- Nie wierzył Urie.
-Taa…Ale tylko te ładne. – Wtrącił Jon.
Roześmieliśmy się. W tej chwili ktoś zapukał do drzwi.
-Kto tam?- Zapytał Ryan.
-Dostawca pizzy.- Usłyszał głos.
Otworzyliśmy drzwi. To była ta dziewczyna! I trzymała...pizzę w ręku!
Ryan wcisnął jej 10 dolców i szybko zatrzasnęliśmy drzwi.
-Miłego dnia życzę! – Usłyszeliśmy przez drzwi.
Nikt się nie odezwał. Wszyscy patrzyliśmy po sobie. I jedno trzeba nam przyznać: jesteśmy bandą idiotów.
Drugiego dnia postanowiłem sam na własną rękę sprawdzić, czy one rzeczywiście są lesbijkami. Podczaiłem się pod żywopłotem z lornetką w ręku i czekałem, aż któraś z nich pojawi się. Nie musiałem czekać długo. I na szczęście dla mnie, pojawiły się obie. Dziewczyny nie robiły nic specjalnego. Po jakimś czasie wszystko zaczęło się rozkręcać. Obie zdjęły podkoszulki i zostały tylko w bikini. Jedna zaczęła kosić trawę i była to ta dostawczyni pizzy ze wczoraj. Druga ścinała żywopłot, za którym się przyczaiłem. Przez dłuższy czas nic nie zauważyły, więc zadowolony z siebie zacząłem podśpiewywać głupio i ruszać się do rytmu. Pech chciał, że zachciało mi się sikać. Postanowiłem szybko opróżnić się tam gdzie stałem, więc opuściłem moje szpanerskie spodnie.
-Uwaga! Zboczeniec! Zboczeniec! – Usłyszałem wołania naszej uroczej sąsiadki, pani w starszym wieku, Mrs. Mills.
Rozejrzałem się z uśmiechem po okolicy i dopiero po jakiejś chwili zdałem sobie sprawę, że to o mnie mowa! Chciałem szybko zasunąć zamek w spodniach ale liście wsunęły się pomiędzy i nastąpiły trudności. Zacząłem się szamotać z tym zamkiem jak głupi. Tymczasem staruszka podnosiła alarm. Spojrzałem na podwórko obok. Nagle przed moimi oczami ukazała się postać jednej z dziewczyn.
-Aaaaa!- Oboje zaczęliśmy krzyczeć.
-To nie tak jak myślisz! Podcinałem żywopłot i wiesz…Zaklinowałem się i w ogóle…- Tłumaczyłem się.
-Nie zbliżaj się do niej, Ty szarlatanie! Ty i Ci Twoi koledzy i ta wasza muzyka! Jakiś antychryst was tu zesłał. Dziecko kochane, odsuń się do tego zboczonego kmiotka!- Krzyczała pani Mills.
-Niech się pani nie martwi. Ten pan na pewno znajdzie sposób, żeby się wytłumaczyć.- Zaśmiała się ta…śliczna, o cudownych zielonych oczach i kurczę, nigdy nie myślałem, że to powiem…o niesamowicie seksownych ustach dziewczyna.
No to jestem już u niej skreślony. Brendon! Ty żałosny kmiotku! Normalnie zawaliłeś sprawę na całej linii. Idź, skocz z krawężnika…No co za wstyd!
-Tak więc…- Zaczęła.
-Brendon.- Rzuciłem szybko.
-Tak. Brendon. Co robisz z spodniami spuszczonymi w dół w moim żywopłocie, hmm?- Zapytała.
-Podcinałem żywopłot, bo widzisz, całkiem wysoki urósł i…- Motałem się biedny.
-Podcinałeś żywopłot. A czym? Lornetką?- Zapytała, wskazując na przedmiot w mojej ręce.
-Wszystko Ci wyjaśnię, tylko pozwól mi się wyplątać z tych krzaków, bo już nie zniosę tego stania w przeciągu.- Stwierdziłem lekko zirytowany.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie na moje słowa i pozwoliła mi wyplątać się z tych liści, które uniemożliwiały zapięcie rozporka.
-Brendon na Boga! Co Ty robisz z tymi…- Krzyknął Spencer, który na szczęście dzięki jednemu mądremu Jonowi zamknął się w ostatniej chwili.
-Z tymi…No dokończ.- Poprosiła ta dziewczyna.
-A mogę wiedzieć, jak masz na imię?- Zapytałem.
-Lindsay.- Odpowiedziała troszkę skołowana, spoglądając to raz na moich kolegów stojących na balkonie a raz na mnie.
-To możemy się przejść i wtedy Ci wszystko wyjaśnię?- Zaproponowałem.
Lindsay przyjrzała mi się uważnie, jakby chciała ocenić, czy naprawdę nie jestem jakimś zboczeńcem. Bogowie!
-Dobra, tylko narzucę coś na siebie.- Powiedziała i znikła na chwilę za drzwiami domu.
W tym czasie odwróciłem się do moich kolegów.
-Brendon, ocipiałeś?- Rzucił się zdruzgotany moim zachowaniem Spence.
-Zamknij się, Spencerze. – Uciszył go Ryan. – Bden, dowiedz się czegoś o nich. Może jednak nie są lesbijkami. Mnie by interesowała ta dostawczyni pizzy.
-Dobra, misiu, odwróć się. Dziewczyna wraca.- Powiedział Jon.
Chłopcy znikli za drzwiami balkonu. Szybko przeskoczyłem przez żywopłot na drugą stronę i mogliśmy ruszyć na spacer.
-Brendon, więc co robiłeś z lornetką i bez spodni w żywopłocie? A następne pytanie brzmi: O co chodziło Twoim kolegom?- Wyrzuciła z siebie.
W akcie obronnym założyłem ręce na ramiona.
-Wiesz…Bo…Ja i moi koledzy myśleliśmy, że Ty i Twoja przyjaciółka jesteście…no innej orientacji seksualnej.- Wycedziłem.
Lindsay zatrzymała się i spojrzała na mnie, jakbym zabił jej babcię czy coś w tym rodzaju.
-Wszystko w porządku?- Zapytałem.
-A mogę wiedzieć, skąd wam to przyszło do głowy?- Zapytała.
-Wiesz, raczej wolałabyś nie wiedzieć, bo byś na pewno uznała nas za bandę idiotów, co w sumie nie mijało by się z prawdą. – Stwierdziłem.
-Nie. Nie jesteśmy lesbijkami. Jessica, to moja kuzynka, a przy okazji najlepsza przyjaciółka. – Skwitowała Linds.
Dłuższą chwilę szliśmy w milczeniu.
-Czy to znaczy że macie chłopaków?- Zapytałem.
-Nie.- Odpowiedziała krótko.
-To dobrze.- Powiedziałem.
-Co powiedziałeś?- Zapytała.
-Nie nic.- Odpowiedziałem z uśmiechem.- Może mogłybyście wpaść do nas w tą sobotę?- Zaproponowałem.
-Zobaczę.- Odpowiedziała.
Wróciliśmy do domu.
-To do zobaczenia.- Rzuciła.
-Taa…Lindsay!- Krzyknąłem za nią. – Mam nadzieję, że ta nasza wpadka z chłopakami nie wpłynie źle na naszą dalszą znajomość?
Lindsay uśmiechnęła się.
-Na pewno nie. – Odpowiedziała.
-Super.- Skwitowałem.


--------
Ta notka ni jak mi się nie podoba!
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Późnym popołudniem samolot, którym lecieliśmy wylądował na lotnisku w Los Angeles. Rodzice zajęli się dopilnowaniem bagaży i już po chwili cała nasza piątka usadowiła się w wynajętym samochodzie, którym mieliśmy przewieźć nasze rzeczy do nowego domu.
W radiu leciała jakaś rzewna pioseneczka country. Tato podkręcił regulator.
Nie potrafiłam zrozumieć szczęścia mojej rodziny. Było zbyt wcześnie, żeby podzielać ich entuzjazm. Poza tym, już od początku założyłam, że będzie fatalnie, więc po co burzyć ten schemat? W końcu dotarliśmy na miejsce. Ogromny dom nad zatoką w niczym nie przypominał tamtego z Melbourne. Klasyczny dom z werandą i wyjściem na ogród. Postawiłam swoje walizki przy drzwiach a sama wycofałam się i pobiegłam na plażę. Miękki piasek ogrzany promieniami słońca przyjemnie muskał moje stopy, pozwalając im zaprowadzić mnie gdzie tylko chciały.
-Spójrz, jaki piękny zachód słońca. – Zauważyła Jessica, przyglądając się mi bacznie.
Spojrzałam na niespokojną taflę oceanu, na której powierzchni odbijała się ogromna pomarańczowa kula.
-Musisz zapomnieć o wszystkim, co było w Melbourne.- Stwierdziła Jess.
Odsunęłam się od przyjaciółki. Miałam ochotę wybuchnąć i poddać się emocjom, które były we mnie tak świeże. Nie chciałam jednak bólu, który pozostawił we mnie Rust przelewać na kogoś, na kim mi zależy. Zbyt proste byłoby obwinianie kogoś albo co gorsza sprawiania pokrzywdzonej i zasługującej na litość. To pierwsza lekcja, której się nauczyłam.
-Tak…Ale to nie takie proste, wiesz o tym.- Zauważyłam.
-Jasne, że nie proste. Ale jesteś teraz tutaj, nie tam. Nie odwracaj się. To jedna z tych rzeczy, przez które musisz jakoś przejść. Ale nie sama. Masz mnie. – Zapewniła Jess.
-Chyba nie pozostało mi nic innego, jak Ciebie posłuchać.;) – Skwitowałam, przytulając się do przyjaciółki.- Co powiesz na spacer w moim towarzystwie?
-Jeszcze pytasz kotku! Chodźmy!- Krzyknęła Jess chwytając mnie za rękę.
Zaczęłyśmy wesoło biec po plaży.
-Miał być spacer a nie wyścig…- Zauważyłam, kiedy nie mogłam już dalej się ruszyć.
-Musisz popracować nad kondycją. – Osądziła przyjaciółka, spoglądając na mnie z boku.- Od jutra bierzemy się za poranny jogging. Ty nabierzesz trochę formy, a ja zacznę rozglądać się za jakimś przystojnym brunetem o głębokim spojrzeniu i notatniku z rysunkami w ręku.- Stwierdziła.
-Jessie…Jesteś taka głupia, że aż kochana.- Powiedziałam, drocząc się z przyjaciółką.- Widziałaś kiedyś chłopaka sportowca z ołówkiem w ręku?
-Linds, Twój sceptycyzm i realizm mnie przeraża…Gdzie ja popełniłam błąd w przygotowaniu Cię do życia z mężczyzną?- Zastanawiała się Jessica.
-Gdzieś na pewno. Już dla jednego stałam się kompletną idiotką.- Westchnęłam.
-Nie mów tak, bo jeszcze naprawdę uwierzę w to, co mówisz:P- Poprosiła Jess.
-Jess, ciacho na horyzoncie.- Poinformowałam najbliższą mi ‘wyjadaczkę męskich serc’.
-Hej! Zgubiłyśmy drogę do domu…Może mógłbyś nam pomóc?- Zapytała dziewczyna.
Chłopak uśmiechnął się do nas.
-Dla ślicznych dziewcząt zrobię wszystko.- Oznajmił.- A gdzie mieszkacie?
-Lincoln Blvd 93.- Odpowiedziała Jess.
-To jakieś 3 kilometry stąd. Długi zrobiłyście ten spacer:)- Zagaił.
-Nawet nie zauważyłyśmy tego dystansu.- Stwierdziłam.
-Lubimy aktywnie spędzać czas.- Wtrąciła Jess.
Po jakimś czasie dotarłyśmy do domu. Podziękowałyśmy Phillowi za pomoc i pożegnałyśmy chłopaka. Oczywiście Jess zdążyła zapisać numer do chłopaka i umówić się z nim na randkę.
-Zgubiłaś coś.- Zwróciłam się do niej.
-Co?- Zapytała.
-Swoją godność!- Zaśmiałam się.
-No wiesz…- Oburzyła się.- To świetna okazja na zarzucenie sieci. On zapozna mnie ze swoim kolegą, który pewnie też ma fajnych kolegów i…
-Jess!- Krzyknęłam.- Nie za dużo, jak na jeden dzień?
-Dobra już dobra…- Zrezygnowana Jess postanowiła kiedy indziej opowiedzieć mi o tym, jak zamierza przypuścić atak na facetów.
Mama przygotowała nam już podwieczorek, który okazał się niezbędny po takim wysiłku. Po posiłku zajęłyśmy się rozpakowywaniem rzeczy. Obie zdecydowałyśmy, że zajmiemy pokój na poddaszu. Roztaczał się stamtąd cudowny widok na ocean i na nasz kawałek nieba, jak to określiła Jessica:) Jak na razie jedynymi meblami, które znajdowały się z pokoju były dwa materace i ogromna, piękna mahoniowa szafa.
-Jutro wybierzemy się na zakupy. Myślę, że rodzice dadzą nam wolną rękę w wyborze. – Zaproponowałam.
-Ok.:) Jak myślisz, kiedy będziemy musiały składać papiery do szkoły?- Zapytała.
-Jak najprędzej.- Stwierdziłam.
Do późna rozmawiałyśmy i podniecałyśmy się nowym miejscem. W głowie miałyśmy już sto pomysłów, jak zamierzamy urządzić nasz pokój. Oczywiście pojawiło się mnóstwo całkowicie odmiennych koncepcji, więc chyba będzie musiało dojść do jakiegoś porozumienia między kolorem niebieskim a żółtym.
-Lindsay…Linds…No kobieto weź mnie nie osłabiaj i podnieś się z łaski swojej!- Usłyszałam gdzieś głosy przyjaciółki.
-Ja chcę jeszcze spać.- Stwierdziłam, zakrywając głowę poduszką.
-A ja chcę wygrać w totka i jeszcze milion innych rzeczy…No wstawaj…Pojedziemy do centrum kupić meble i te inne pierdołki.- Prosiła Jess.
-Oj dobsz, już dobsz…- Zrezygnowałam z walki i zwlekłam się z łóżka.
-OMatkoPrzenajświętszaJezus!- Krzyknęłam, spoglądając w lustro.- Ale mam pryszcza na czole!
-Daj, podmucham buba!- Zażartowała Jess.
-A spierdalaj! Tosz to poważna sprawa…Takiego pryszcza to ja już w żadnym wcieleniu nie miałam!- Zawyłam.
-Nie histeryzuj Marylko, tylko oddaj się w moje ręce. Ja i moje kosmetyki potrafimy zdziałać cuuuuda.- Skwitowała Jessica.
Jess zaczęła odkręcać i zakręcać na przemian kilka tubek z kosmetykami przeciw trądzikowi i maskującymi wszelkie niedoskonałości. Przynajmniej tak na nich pisze.
-Już?- Zapytałam.
-Yhy.- Odpowiedziała.
Spojrzałam w lustro. Pryszcz jak był tak…już go nie ma. A przynajmniej go nie widać.
-Dzięki siostro.- Powiedziałam i zajęłam się wykonywaniem czynności związanych z poranną toaletą.
-Ter..a..shhh…Pszy…najmniej…nie mu..szeee…dzielić…łazienki z Mattem….- Wycedziłam szczotkując zęby.
-Co? Gul, gul?- Zagulgotała płucząc zęby Jess.
-Teraz przynajmniej nie muszę dzielić łazienki z Mattem!- Krzyknęłam.
-Aha…- Zaczaiła dziewczyna.- Dobra, dobra…Ale mi do ucha krzyczeć nie musisz!
-Przepraszam.- Skwitowałam i związując włosy w kucyk opuściłam naszą łazienkę.
Gdy tylko ubrałyśmy się i zjadłyśmy w pośpiechu śniadanie Matt zawiózł nas do sklepu meblowego.
Stanęłyśmy przed ogromnym wejściem do centrum meblowego.
-Pragnę nirwany. Mistyczne wrota czekają.- Stwierdziła Jess.
Weszłyśmy do środka. Muszę jednak przyznać, że po nie małym trudzie. Konstrukcja drzwi okazała się bowiem bardziej skomplikowaną niż można była przypuszczać i dopiero po kilku próbach udało nam się wejść w tym momencie, kiedy trzeba było.
-Jesteśmy żałosne. Nawet z kawałkiem szklanej przestrzeni sobie poradzić nie umiemy.- Zaśmiałam się.
-Jeszcze tak źle to z nami nigdy nie było…Anyway, chodźmy poszukać czegoś fajnego do naszego pokoju.- Zarządziła Jessica.
Zaczęłyśmy od poszukiwania łóżek. Do tego momentu szło nam dobrze, bo już po kilku minutach znalazłyśmy dwa identyczne egzemplarze ślicznych łóżek z metalowymi ramami powyginanymi w różne dziwne, a nawet muszę przyznać dziwacznie straszne wzory. Powiedziałyśmy jakiemuś sprzedawcy, żeby zapisał to do rachunku a same postanowiłyśmy poszukać innych mebli. Poszukiwanie odpowiedniego biurka, fotela i szafki i krzesła zajęło nam niewyobrażalnie dużo czasu, dlatego zrezygnowane wybrałyśmy jeden z pierwszych najodpowiedniejszych modeli, pasujących do siebie.
Teraz pozostał nam tylko wybór farby i dodatków. Poddałam się i pozostawiając wolną rękę Jessice ostatecznie nasz pokój będzie koloru niebieskiego. Kupiłyśmy też niebieskie zasłony, tyle że w ciemniejszej tonacji, dywan, lampkę i śliczne duże lustro.
Pozostało już tylko zapłacić kartą kredytową rodziców i zamówić przewóz tego wszystkiego domu. Proste, prawda?

Minęło kilka dni. Polubiłam to miasto. Właściwie nie widziałam jeszcze niczego poza północną plażą i paroma ulicami, które musiałam przejść w drodze do sklepu.
Rodzice chcą mnie ciągle wysyłać po coś, wymyślając jakieś wymówki. Trudno. Powinni zrozumieć, że nie chcę na siłę poznawać nowego chłopaka. Wystarczy, że Jessica zdążyła już w ciągu trzech dni chodzić i zerwać z Phillem. xD
Dziś postanowiłyśmy poopalać się w ogrodzie, bo trzeba przyznać przy ludziach z Los Angeles wyglądamy po prostu…blado.
-Daj, posmaruję Cię olejkiem, bo Ty jakoś nie za bardzo umiesz to zrobić.- Zaoferowała się Jess patrząc na moje męczarnie.
Przyjaciółka szybko zajęła się osmarowywaniem mnie olejkiem. Usiadła na mnie okrakiem i delikatnie wklepywała lepką maź…


**W tym czasie w domu obok**
Miałem już dość sterczenia przy tym gracie. Moje kochane rączki były już doszczętnie upaćkane smarem. Zatrzasnąłem maskę tego złomu i postanowiłem sprawdzić, jak radzą sobie chłopcy w domu.
-I jak tam Twoje cacko?- Zapytał Jon, spoglądając na mnie zza garnków.
-Doszczętnie mnie dzisiaj osłabiło…- Odpowiedziałem.- Co na obiad?
-Lasagne…- Odpowiedział dumnie basista.
-Mmm…- Zamruczałem i nachyliłem się nad paterą z makaronem.
-Eee…łapy precz!- Wydarł się Jon, widząc jak wsysam nosem kluska.- Jesteś obrzydliwy.
-Dzięki.;) – Stwierdziłem i poczłapałem zobaczyć, co robi Ryan.
Przyjaciel mocował się z odkurzaczem. Coś nie za bardzo mu szło.
-Brendon! Ja już nie wytrzymam z tym odkurzaniem…nie jestem stworzony do tych plebejskich czynności…- Zawył biedak, opadając na kanapę.
-Ciota jesteś, wiesz? – Stwierdziłem.- Ale i tak Cię kocham.- Dodałem widząc minę Ryana.
-Idź…Tak najlepiej…Zostaw mnie z tym odkurzaczem…Samego…- Rzucał się Ryan.
-Ry, do odkurzacza musisz podejść z miłością. Wsłuchaj się w jego rytm. Niech Twoje serce bije w jego rytmie i wtedy połączycie się w jedność, a Twoje odkurzanie będzie przyjemnością.- Poleciłem.
-Tłuszcz Ci się rzucił na mózg. Za dużo stałeś na słońcu?- Zakpił Ross.
Zostawiłem go samego. Nikt mnie nie chce słuchać, to nie. Kij z nimi.
-Ej! Chodźcie tu wszyscy! Szybko!- Usłyszałem głos Spencera.
Cała nasza ekipa popędziła na balkon do Smitha.
-Spójrzcie…Do domu obok wprowadziły się lesbijki!- Oznajmił Spence.
-Co Ty chrzanisz! Daj popatrzeć.- Powiedział Jon, wyrywając chłopakowi lornetkę.
-Nie mówcie, że obchodzi was orientacja seksualna sąsiadów?- Zadrwiłem z moich ukochanych popaprańców.
-Ej! Smarują się olejkiem! Jedna siedzi na drugiej!- Poinformował Jon.
-Daj mi to!- Powiedział Ryan.- Kurczę…Szkoda, że to lesbijki, bo śliczne są…Shit.
-Proszę was…To, że się smarują olejkiem i leżą na sobie to nie znaczy, że są lesbami! Panowie…- Starałem się ich ocucić.
-A jak wytłumaczysz fakt, że się przytuliły i dały sobie buziaka?- Powiedział Ryan.
-Albo, że widziałem je, jak szły ulicą to trzymały się za rękę?- Dodał Spencer.
-A poza tym spójrz, jak one się zachowują…Patrzą sobie w oczy i się ciągle dotykają…- Stwierdził Jon.
-A myślcie sobie co chcecie...- Skwitowałem.
-No kurczę…Taki niefart…Można było się z nimi zabawić, a i może by coś poważniejszego wyszło, a tu orientacja nie ta…Buu…- Załamał się Ryan, który chyba najbardziej przeżywał inne upodobania naszych nowych sąsiadek, które muszę przyznać, są urocze.
-Ej, co to za dym?- Zapytałem.
-Moja Lasagne!- Krzyknął Jon, biegnąc do kuchni i przedzierając się przez kłęby dymu.
Walker wrócił po chwili z załamanymi rękoma.
-Nie mamy obiadu. Spencer, dzwoń po pizzę. – Zarządził Jon.
Chłopcy wrócili do domu. Spojrzałem na posiadłość obok. Tamtych dziewczyn już nie było.

I never looked at you that way
'Cause I always thought you were gay...
Close your eyes, make a wish That this could last forever...
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Layout